Znaleźć których liczba jest to

Fenomen Sławomira Mentzena - czyli czym tu się tak naprawdę jarać?

2020.09.01 21:25 Colonel_PingPong Fenomen Sławomira Mentzena - czyli czym tu się tak naprawdę jarać?

Sławomir Mentzen to z całą pewnością jedna z najważniejszych postaci w Konfederacji - popularny w jej kręgach i nie tylko, facet powszechnie uznany za racjonalnego, logicznego i fachowego ekonomistę, w dodatku przedstawiciela liberalnego i bardziej rozsądnego skrzydła egzotycznej formacji. Czy jednak tak jest? Well, jeśli ktoś śledzi moje wpisy na reddicie - to raczej zna już odpowiedź, jaką spróbuję przedstawić.
Po pierwsze, Sławomir Mentzen jest jednym z sygnatariuszy "Konfederacji Gietrzwaldzkiej". Czym ów dokument jest? No cóż, po prostu przedstawię może jego jakże oświeceniową i liberalną treść.
„My, niżej podpisani, deklarujący przynależność do Narodu Polskiego Cywilizacji Łacińskiej – przywiązani do wolności i poczuwający się do obowiązków wynikających z przyjęcia katolickich zasad leżących u podstaw tej cywilizacji – niniejszym zgodnie wyrażamy szczerą wolę poddania naszego życia prywatnego i publicznego panowaniu Chrystusa Króla Polski oraz opiece Jego Najświętszej Matki, Królowej Korony Polskiej. Przy czym Ich władzę nad sobą pojmujemy całkowicie realnie, bynajmniej nie tylko symbolicznie. ". Całość tego steku bzdet możecie znaleźć pod tym linkiem. Obok Mentzena pod ową Konfederacją podpisali się również między innymi Krzysztof Bosak, Kaja Godek czy Grzegorz Braun - czyli osoby dość powszechnie znane z raczej antyliberalnych i nacjonalistycznych, nie zaś koliberalnych poglądów.
Ale no dobra, uznajmy, że to tylko symboliczny gest i swoisty manifest religijności naszego Mentzena. Ważniejsza jest jego wiedza i dorobek naukowy.
Mentzen uzyskał stopień doktora nauk ekonomicznych na Wydziale Ekonomicznym UMK w Toruniu. Zajmuje on dopiero 18 miejsce na 29 możliwychz Wydziałów Ekonomicznych w Polsce.
Mentzen od tego czasu ma zaledwie cztery publikacje naukowe. Czy to mało? Jak na kogoś, kto ma być gospodarczym autorytetem i filarem partii politycznej, która określa się pod tym względem mianem wręcz eksperckiej - tak. Tym bardziej, że dwie jego publikacje różnią się od siebie tylko i wyłącznie językiem ich napisania - jedna po polsku, druga po angielsku. Nasz Sławek publikował je w Acta Universitatis Nicolai Copernici. Jest to na tyle mało prestiżowe czasopismo, że nie znajduje się ono nawet na ministerialnym wykazie.
Jego doktorat był cytowany ledwie trzy razy. Może to dużo jak na fakt, że napisał go w 2016 roku - ale no nie wiem, wydaje mi się, że to liczba dość mizerna.
Dodatkowo na UMK zatrudniona jest osoba o takim samym nazwisku - dr hab. Mieczysław Mentzen, profesor uniwersytetu na Wydziale Informatyki i Matematyki. Czy to przypadek - nie wiem, ale mając świadomość jak funkcjonuje wiele polskich uczelni śmiem twierdzić, że nasz wielki doktor Sławomir miał szanse coś na potencjalnej znajomości ugrać. Zaznaczam jednak w tym momencie, że może to być zbieżność nazwisk i nie jest to poważny argument.
Konfederacja uaktywniła kiedyś projekt "Stu ustaw Mentzena". Myślę, że nazwa mówi sama za siebie. Z projektów jednak niewiele zostało, nie ma nawet strony, na której były one publikowane, czy chociaż ich zamysły. Zachował się jedynie jej częściowy mirror, a tutaj możemy znaleźć już dość ciekawe rzeczy.
Projekt wprowadza możliwość złożenia Kierownikowi Urzędu Stanu Cywilnego przed zawarciem małżeństwa nieodwołalnego oświadczenia o uzależnieniu możliwości rozwodu od zgody biskupa diecezjalnego. W przypadku złożenia takiego oświadczenia dopuszczalność rozwodu
w sądzie rodzinnym małżeństw zawartych w Kościele Katolickim zależeć będzie od zgody biskupa diecezjalnego kierującego diecezją, na terenie której zawarto małżeństwo. W praktyce będzie to oznaczało, że u małżeństw objętych oświadczeniem nie będzie możliwy rozwód bez uprzedniego stwierdzenia nieważności małżeństwa w procesie kanonicznym, gdyż tylko po takim wyroku kanonicznym biskup będzie miał w sumieniu prawo udzielić wymaganej zgody.
Brzmi ciekawie, prawda? Tak trochę fundamentalistycznie. No ale w końcu Mentzen to tylko konserwatywny liberał, prawda?
97. Kara śmierci
Ustawa wprowadza karę śmierci. Kara ta powinna mieć zastosowanie do wyjątkowych, najbardziej odrażających przypadków morderstw. Obrona społeczeństwa przed najgroźniejszymi bandytami wymaga jej ponownego wprowadzenia.
RoZuM i RoZsĄdEk
  1. Ustawa o władzy rodzicielskiej
„Konieczne jest również uznanie prawa rodziców do stosowania umiarkowanych kar cielesnych. Jest to uprawnienie tradycyjnie zakorzenione w polskiej kulturze, a jego zakaz stanowi wyraz konstruktywizmu społecznego uprawianego przez mające wpływ na władze środowiska lewicowe wbrew woli większości społeczeństwa.”
Again, trzeba to w ogóle komentować?
  1. Zaostrzenie dyscypliny w więzieniach.
„Projekt wyłącza możliwość korzystania przez skazanych za przestępstwa popełnione z użyciem przemocy lub groźbą jej użycia z siłowni i wszelkich urządzeń przeznaczonych do wykonywania ćwiczeń fizycznych, których celem jest zwiększenie masy mięśniowej. Nadto wykonywanie takich ćwiczeń przez tę kategorię skazanych w innych okolicznościach (np. w celi, przy pomocy worków napełnionych wodą) będzie zakazane przez Kodeks karny wykonawczy (...). Skutkiem nowelizacji będzie istotne i wszechstronne zaostrzenie dyscypliny w zakładach karnych.”
Mentzen w tym momencie przybija sobie piątkę z Przemkiem Czarnkiem, innym wielkim naukowcem z prawicy, nazywającym prawa człowieka "idiotyzmami".
Oczywiście, nie da się przejść obojętnie obok tzw. "Piątki Konfederacji", wygłoszonej na jednym z wykładów przez Mentzena. Sprowadza się ona do "Nie dla Żydów, gejów, aborcji, podatków i UE". Brzmi dość antysemicko, homofobicznie, mizoginistycznie, korwinistycznie i eurofobicznie? Nie no co wy, doktor Mentzen już rozwiewa wasze wątpliwości:
„My robimy te badania, te grupy fokusowe, śledzimy, jaki przekaz trafia do wyborców. Wiemy, co mówić, żeby wyborcy nas słuchali. Korzystamy z danych, to jest podejście naukowe. I w sposób naukowy wyszło nam pięć postulatów. Nazwałem je „piątką Konfederacji” i ogłaszam ją światu po raz pierwszy. Nie chcemy Żydów, homoseksualistów, aborcji, podatków i Unii Europejskiej. To najlepiej trafia do naszych wyborców, dlatego nasi wyborcy chcą nas słuchać i z tego powodu wyborcy chcą na nas głosować. My świadomie podbieramy wyborców PiS-owi i PiS to zauważył”.
Pan Sławomir nie jest w końcu antysemitą, mizoginem, kucem, eurofobem i homofobem. On jedynie używa takiej retoryki, by wbić się do Sejmu, na plecach najgorszych nastrojów jakie rozbudza w społeczeństwie. Możemy spać spokojnie, panie i panowie.
Oczywiście, przynajmniej do 2023 roku, bo Lewica w jego okręgu dostała 15% i zgarnęła dwa mandaty, a pan Sławomir do Sejmu dzięki nim nie wszedł.
Tak oto postrzegam ten "wielki autorytet". Zachęcam do dyskusji.
submitted by Colonel_PingPong to Polska [link] [comments]


2020.03.29 21:46 janex-PL Polska służba zdrowia i crowdfunding

Koronawirus w Polsce szaleje, liczba zakażeń z dnia na dzień rośnie i przez kilka tygodni rosnąć na pewno nie przestanie. Służba zdrowia stoi przed nie lada wyzwaniem - zarówno ratownicy i pracownicy szpitali, jak i również pracownicy przychodni.
Już teraz widać, że jest to wyzwanie, które ich przerasta, ponieważ nie ma wystarczających środków ochrony, część samorządów nie zaoferowało żadnej pomocy, rząd twierdzi, że jesteśmy przygotowani najlepiej w Europie, jeśli nie na świecie. W skrócie, jeden wielki bajzel.
Na szczęście codziennie słyszymy o przeróżnych akcjach zorganizowanych przez obywateli wspierających służbę zdrowia - darmowe jedzenie, szycie maseczek i kombinezonów, drukowanie 3D przyłbic oraz respiratorów, czy też organizacja zbiórek na stronach crowdfundingowych, gdzie największa zbiórka zebrała do tej pory ponad 18 milionów złotych dla służby zdrowia.
Z jednej strony naprawdę się cieszę, że Polacy potrafią się zmobilizować i ruszyć na pomoc, czy to w większym, czy mniejszym stopniu, ale pomagają i to trzeba chwalić. Z drugiej strony, myślę, że przy okazji tych akcji za mało się mówi o tym, dlaczego obywatele bardziej pomagają polskiej służbie zdrowia, niż sam rząd.
Dzieje się tak, ponieważ polska służba zdrowia została zbudowana i cały czas stoi na fundamentach z papieru, którymi nikt się przez te 20-30 lat porządnie nie zajął (co też można powiedzieć o m. in. o systemie szkolnictwa, ale to inny temat) i dalej cudem stoi, lecz to nie jest nic pewnego, a już tym bardziej w obecnej sytuacji.
Teraz powiem coś, co chyba dla niektórych może być szokiem - od 1997 r. w Polsce istnieje obowiązkowe ubezpieczenie zdrowotne, za które płaci każdy pracownik i pracodawca (nie licząc oczywiście ulg dla niektórych grup) co miesiąc ze swojego przychodu. Mam wątpliwości co do tego, czy np. ludzie, którzy wpłacali pieniądze na zbiórkę wiedzą o tym, bo osobiście uważam, że jest to chore. Oprócz tego, że wszystkie te akcje pokazują, że potrafimy sobie pomagać (i co podkreślę jeszcze raz - jak najbardziej mnie to cieszy), to pokazują też, że Polaków stać na wprowadzanie nowych lub podwyższanie obecnych podatków - wystarczy tylko znaleźć wystarczający powód, który poruszy obywateli.
Zdaję sobie sprawę z tego, że ta teoria może być nieco kontrowersyjna i wątpliwa, lecz o jej słuszności może również dowodzić inna akcja - Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy, która w tym roku uzyskała ponownie rekordową kwotę ponad 186 milionów złotych. Tutaj sytuacja jest bardzo podobna - akcja bardzo szlachetna, którą co roku popieram, lecz nie zmienia to faktu, że są to pieniądze, których obywatele nie muszą oddawać, ponieważ już to robią!
Oczywiście, jeśli porównamy sobie kwotę zebraną podczas tegorocznej edycji WOŚP z kwotą przeznaczoną na służbę zdrowia w 2020 roku (która wynosi ponad 107 miliardów złotych), to jest to zaledwie 0.0173 %. Jeśli weźmiemy tylko kwotę zebraną we wcześniej wspomnianej już zbiórce dla służby zdrowia w walce z koronawirusem, to jest to 0.0167 %, aczkolwiek nie biorę tutaj pod uwagę innych wydatków z własnej kieszeni na pośrednią lub bezpośrednią pomoc, ale to wciąż byłoby bardzo mało.
Tymczasem, niedawno głośno było o przekazaniu 2 mld złotych na TVP zamiast na onkologię. Zdaję sobie sprawę, że służba zdrowia to nie tylko onkologia, co nie zmienia jednak faktu, że ta kwota stanowi już 1.859 % wydatków przeznaczonych na służbę zdrowia w tym roku, kwota ponad stokrotnie większa od tegorocznego wyniku WOŚP.
Podsumowując, bardzo się cieszę ze wszystkich organizowanych zbiórek i akcji, a WOŚP zawsze wspierałem i wspierać dalej będę. Niestety, za mało rozmawia się o tym, dlaczego te wszystkie akcje są organizowane i dlaczego inicjatywa wyszła od ludzi, a nie od rządzących.
Mam nadzieję, że te wszystkie porównania, dane i wypociny, którymi musiałem się z kimś podzielić, otworzą niektórym oczy. Nie twierdzę, że mam rację, a ekspertem od polityki czy ekonomii też nie jestem, ale uważam, że to są jedne z wielu faktów, które są wręcz podane na tacy, a jednak mało się o tym mówi. Zamiast gadania opozycji o tym, jaki to PiS jest zły i niedobry, bo się z kościołem brata, bo prezydent to marionetka, bo to wszystko przez tego kaczora, to jednak chyba lepiej byłoby się skupić na faktach, zarówno w debacie publicznej jak i dyskusji podczas niedzielnego rodzinnego obiadu - oczywiście z butelką spirytusu i 3 metrowego odstępu między krzesłami.
submitted by janex-PL to Polska [link] [comments]


2020.02.15 13:25 biorecin Biorecin Krem: skóra bez zmarszczek bez szkodliwych zabiegów!Cena recenzje

Biorecin Recenzja – Kiedy ludzkie ciała starzeją się pewne zmiany się do nich, to również kładzie duży nacisk na wygląd fizyczny, jak również. Niestety, te obowiązkowe zmiany nie są cenione przez wielu. Zasadniczo, dla dużej liczby kobiet w średnim wieku, głównym i największym strachem jest ugięcia skóry i zmarszczki, które odnoszą się do starzenia się. Jednak, nie ma potrzeby, aby obawiać się o starzenie się. Powodem jest to, że istnieje nieskończona liczba produktów anti-aging i zabiegów na rynku, co pomaga pozbyć się oznak starzenia się, że nikt nie chce ich powitać za wszelką cenę.

Wybór odpowiedniego i skutecznego kremu przeciwstarzeniowego powinien być twoim problemem w dużym stopniu. Gdy jesteś w stanie znaleźć odpowiedni, a następnie za pomocą niego będzie łatwiej później. W dzisiejszych czasach Internet jest najpopularniejszym źródłem znalezienia czegokolwiek związanego ze zdrowiem, pięknem, włosami lub czymkolwiek, aby zaspokoić żywe potrzeby. Z pomocą Internetu możemy poznać ogromną różnorodność zabiegów do pielęgnacji skóry na rynku. Obecnie Biorecin zyskuje na popularności na całym świecie ze względu na swoje większe osiągnięcia dla wielu kobiet. Dowiedz się prawdziwą prawdę kryjącą się za tym skutecznym i naturalnym produktem:

Dlaczego Biorecin jest najlepszym produktem?
Ponieważ rynek ma wiele opcji, aby dać, ale jak można polegać na kimś? Oto odpowiedź dla Ciebie, po prostu zrobić krótkie badania na temat produktu, a następnie, jeśli istnieje oferta próbna podana przez producenta, jest dostępna, aby pomóc w podjęciu decyzji, czy iść do tego produktu. To samo dzieje się z Biorecin. Wielu użytkowników są skłonni wiedzieć, co sprawia, że różne i unikalne od innych, oświadczając, że jest to najlepszy produkt na rynku. Powody, o których warto wiedzieć, są wymienione poniżej, dostaniesz pomysł, w jaki sposób produkt jest uważany za najlepszy:

· Obecność dobrej jakości i bezpiecznych składników sprawiła, że jest to idealny wybór dla kobiet w różnym wieku i grupach.

· Co więcej, krem sięga głębiej w skórę, osadzając się na komórkach skóry. Nie pozostawi żadnych pozostałości na powierzchni skóry.

· To działa na wszystkie odmiany starzenia się znaków i problemów skórnych, które mogą sprawić, że sfrustrowany, gdy występują.

· Daje trwałe i skuteczne wyniki na dłużej.

· Biorecin jest wolny od wszystkich wypełniaczy lub dodatków, które sprawiają, że jest to bezpieczna i zdrowa opcja w celu wyeliminowania szerokiego zakresu problemów skórnych.

· To sprawia, że zdrowie skóry lepiej.

Jakie są składniki używane w Biorecin Krem?
Ma ekstrakty ziołowe, które pochodzą z Matki Natury. Ze względu na to, jest to dobrze znany i renomowanych krem anti-aging do wykorzystania. Zorientowanie się, jak działa produkt jest łatwe, gdy skończysz z właściwego zrozumienia składników stosowanych w nim. Tak, niech znać pracę jego składników, który jest następujący:
· Peptydy dokręcania skóry
Zgodnie z nazwą, może być jasne, że działa w celu zwiększenia ucisku skóry. Gdy skóra się zaciśnie, nie zobaczysz żadnych zmarszczek na twarzy. To sprawia, że skóra doskonale stonowanych w łatwy i bezpieczny sposób.
· Kwas alfa hydroksylowy
Składnik ten znajduje się w wielu produktów anti-aging można zobaczyć na rynku. Jest to przydatne do wyeliminowania zmarszczek i innych oznak starzenia. Nawilżanie skóry głęboko jest głównym efektem tego składnika, zobaczysz, kiedy będziesz stosować krem regularnie.
· Witamina C
Będąc istotnym składnikiem dla skóry, witamina C odgrywa ogromną rolę w tonowaniu i rozjaśnianiu skóry. Jest uważany za środek wybielający skórę, który pomaga skórze uzyskać świecące i wybielone dzień po dniu.

· Ekstrakty owocowe

Ekstrakty z owoców są pomocne dla skóry. Wynika to z faktu, żeowoce mają niezbędne minerały i witaminy, aby utrzymać świeżość w skórze w dużym stopniu. To daje świecącą cechę skóry.

Zaczyna swoje funkcjonowanie poprzez złożenie na końcowej warstwie skóry, gdzie starzenie się skóry inicjuje na początku. Gdy osiągnie inne warstwy, niedobór wszystkich składników odżywczych skóry jest utrzymywany, a skóra wymyśli naturalny blask i żywy wygląd. Jest również traktowane jako alternatywa dla zabiegów botox i zastrzyki, jak również.

Czy Biorecin safe jest używany?

Tak, dlaczego nie! Biorecin nie ma wypełniaczy ani dodatków. Nie zobaczysz żadnego negatywnego wpływu na skórę, dopóki nie używasz go zgodnie z zalecanymi wskazówkami twórcy lub eksperta. Upewnij się, że masz ponad 30s, kiedy masz zamiar zastosować go na starzejącej się lub matowy wygląd skóry.\

Jak stosować Biorecin?

Jeśli chodzi o aplikację, nie należy się o to martwić. To dlatego, że jest to niekleista formuła. Nie przykleja się do skóry za wszelką cenę, a nie wchodzi do skóry, aby dobrze ją odżywiać. Aby go zastosować, upewnij się, że twarz jest czysta i sucha, aby składniki mogły dostać się do komórek skóry i tkanek. Weź tylko niewielką ilość Biorecin z butelki i odpowiednio ją nałóż i rozprowadź krem na całej twarzy masażem w kierunku góry.

Korzyści z używania Biorecin Opinii!

· Traktuje oznaki starzenia w zatoce

· Poprawia blask skóry

· Wyeliminuj zmarszczki i głębokie pory

· Rozjaśnia ciemną skórę

· Sprawia, że skóra jest równomierna

· Zwiększa żywotność skóry

Jak kupić Biorecin Cena?
Biorecin Cena is produkt internetowy. Aby go kupić, upewnij się, aby odwiedzić online i spieszyć pakiet próbny, aż czas trwa. Tak, przejdź do trybu online już teraz!
https://www.agcef.org/biorecin/?lang=pl
https://www.completefoods.co/diy/recipes/biorecin-krem-cena-recenzjekup-teraz
https://pl-pl.facebook.com/Biorecinkrem/
https://pl-pl.facebook.com/events/228654861488919/
https://sites.google.com/site/healthulife0/biorecin-krem-cena
https://gumroad.com/biorecin/p/biorecin-krem-cena-recenzje
https://medium.com/@agcef/biorecin-krem-cena-recenzje-9ee6b7442a78
submitted by biorecin to u/biorecin [link] [comments]


2019.03.18 08:49 swapix_com 5 oznak, że smartfon którego zamierzasz kupić to śmieć

5 oznak, że smartfon którego zamierzasz kupić to śmieć
https://preview.redd.it/u7wrc2l8ytm21.png?width=1600&format=png&auto=webp&s=541964285b30d9a4b3ce6d9d9434f4b7e77f1833
Nawet słaby i nudny gadżet ma co najmniej jedną interesującą właściwość, o której będziesz chciał porozmawiać. Dzieje się tak, ponieważ rzeczy, które na pierwszy rzut oka wyglądają nieciekawie, mogą tak naprawdę zachwycać fanów nowinek technologicznych. Jeśli już mówimy o ludziach, to możemy śmiało powiedzieć, że wszyscy mamy dobre i złe cechy. To samo dotyczy także i smartfonów. Możemy je podzielić na dwie kategorie - dobre i złe. Niestety prawda jest taka, że złe smartfony są zjawiskiem nietypowym. Jeśli przejdziesz do specjalistycznej sekcji smartfonów na Swapix, to zobaczysz to.

Istnieje jednak ryzyko zakupu od prywatnego sprzedawcy naprawdę bezużytecznego smartfona. Aby uniknąć złych decyzji podczas dokonywania zakupu, powinieneś uważnie przeczytać o aspektach które mogą sygnalizować, że gadżet, który chcesz kupić, jest całkowicie przestarzały.
Przestarzałe oprogramowanie
https://preview.redd.it/14wbix43ztm21.png?width=500&format=png&auto=webp&s=57ec00d6f3500abf8987b0e74890df4df261195c
Przed zakupem smartfona upewnij się, że jego oprogramowanie jest aktualne. Jedną z głównych oznak złego gadżetu jest przestarzała wersja systemu Android.
Jeśli ten "kawałek metalu" nadal ma zainstalowany system Android 7.0, to mogą dwa powody. Po pierwsze, telefon jest bardzo stary, a drugi polega na tym, że producent przeoczył wsparcie dla tego modelu. W rzeczywistości wciąż można znaleźć smartfony, których produkcja zatrzymała się półtora roku lub dwa lata temu na systemie Android 7.0 lub 8.0, ale to zupełnie inna sprawa. Kiedy stare oprogramowanie jest zainstalowane na nowym smartfonie - to jest to niestety bardzo zły znak.
Ten smartfon nie może korzystać z nowatorskich funkcji systemowych i bez wsparcia dla świeżych poprawek bezpieczeństwa od Google może być łatwym celem dla hakerów. Nie marnuj czasu na takiego smartfona i lepiej zacznij szukać czegoś innego.
Wolne pobieranie
https://preview.redd.it/iaro5tw7ztm21.png?width=740&format=png&auto=webp&s=45bc45afeab516270a59533c08a6e118cba27f5b
Mamy wielką nadzieję, że przed podjęciem decyzji o zakupie smatfona, będziesz mieć możliwość trzymania smartfona w rękach i sprawdzenia jego interfejsu. Należy zwracać uwagę na szybkość działania, płynność zmiany ekranu, to jak szybko przewija długie strony w przeglądarce i jak długo trwa uruchamianie aplikacji.
Urządzenie o dobrej optymalizacji sprzętowej i jakościowej powinno radzić sobie z każdym z tych zadań w mgnieniu oka. Słaby smartfon będzie zatrzymywał się na sekundę lub dwie bez względu na to, co będziesz robił.
Oczywiście nie dla każdego najważniejszym aspektem jest jak najwyższa wydajność smartfona. Jednak nawet niedrogi telefon powinien działać dobrze ze standardowym oprogramowaniem. Jest to podstawowa funkcja i musi ona działać bezproblemowo.
Brak podstawowych funkcji
https://preview.redd.it/8jlv12wfztm21.png?width=740&format=png&auto=webp&s=319bab733fec789683f3c67d765b11598b4b3e44
Niska cena wcale nie musi oznacząć, że telefon jest zły. Niektórzy klienci nie potrzebują fajnych dodatków i świadomie wybierają proste urządzenia. Ale nawet z jednym aparatem i bez funkcji ładowania bezprzewodowego smartfon może być stylowy i elegancki. Firmami, które produkują takie urządzenia są Nokia i Honor. Takie urządzenia są niedrogie i nie mają żadnych mega bajerów.
Jednak niektóre funkcje, takie jak przykładowo żyroskop powinien być w telefonie dostępne. Jest on niezbędny do prawidłowego funkcjonowania wielu aplikacji. Posiadają go nawet tanie modele telefonów, aczkolwiek model Honor 7s go nie posiada.
Honor 7s to doskonały przykład beznadziejnego telefonu. Odtwarza muzykę przez dynamiczny głośnik, który nie posiada kratki. Jest to idealny przykład telefonu, który został zrobiony przez producentów w sposób najtańszy jak to możliwe. Mówiąc krótko, Honor 7s jest słaby, wystarczy spróbować odtworzyć na nim dowolny film na YouTube, a w pełni zrozumiesz wszystko o czym mówimy.
Słaba kamera
https://preview.redd.it/f4gexhqnztm21.png?width=1000&format=png&auto=webp&s=1f51c3f370bed0e5758752fd9e1b78442eaa1357
Nowoczesne tanie telefony mogą pełnić wiele funkcji typowych dla drogich smartfonów z wyższej półki. Wiele z nich ma ogromny wyświetlacz, 4-6 GB pamięci RAM, najnowszą wersję Androida i funkcję odblokowania za pomocą twarzy. Ale niedrogie telefony mają pewne problemy z aparatem.
Podczas testowania smartfona uruchom aparat i zrób kilka przykładowych zdjęć. Zignoruj ilość megapikseli i ilość obiektywów aparatu. Jakość zdjęć zależy w dużym stopniu od oprogramowania i mniej oczywistych parametrów, takich jak rozmiar piksela. Oznacza to, że jakość zdjęć można sprawdzić tylko za pomocą aparatu.
Słaba wydajność
https://preview.redd.it/u53sn3r70um21.png?width=1600&format=png&auto=webp&s=7a38b2e92364b76a8b1ac5c2c30ef7bc91e169da
Jeśli nie planujesz uruchamiania gier z zaawansowaną grafiką lub innych wymagających aplikacji, musisz sprawdzić rzeczywistą wydajność w praktyce, zamiast opierać się na liczbach w opisie urządzenia.
Niemniej jednak, jeśli smartfon ma tylko 2 GB pamięci RAM i procesor o niskiej wydajności, to liczba rzeczy, które można na nim zrobić, będzie bardzo mała. Dlatego zakup używanego flagowego telefonu lub smartfona, który kilka lat temu był na szczycie, ma większy sens. Nie będzie tak szybki jak nowoczesne smartfony, ale nadal całkiem do zaakceptowania.
Podsumowanie
Nawet jeśli twój budżet jest bardzo niski, to nie powinieneś spieszyć się i kupować najtańszego smartfona na Swapix. Lepiej najpierw skontaktować się ze sprzedawcą danego modelu za pośrednictwem naszej aplikacji i zapytać o każdą cechę. Mając na uwadze wszystkie wady smartfona, możesz umówić się z nim na spotkanie.
submitted by swapix_com to u/swapix_com [link] [comments]


2019.02.01 23:45 Waren78657 Poradnik Breedu i treningu by Waren

Poradnik breedu, treningu i innych przydatnych rzeczy
Na wstępie, jeśli coś będzie niezrozumiałe, albo pojawi się w czasie, lub wkradnie się jakiś babol, proszę pisać, a zaktualizuje informację.
Jeszcze krótka uwaga poniższy poradnik opisuje "breeding" czyli rozmnażanie pokemonów oraz ich trening pod walki, sposoby ich uzyskania. Głównie mam na myśli "Competetive", czyli walki z innymi graczami przez usługi Nintendo do łączenia dwóch konsol przez street pass lub internet, takich jak Battle Spot, lub Link Battle. Ze względu na ułatwienie korelacji poradnika z grą, część wspomnianych poniżej zwrotów będzie w języku angielskim(głównie nazwy własne bo tak występują w grze). Czasami dla ułatwienia będą też stosowane skróty lub żargon, lecz wszystkie postaram się objaśnić jak najbardziej zrozumiale potrafię. Zgromadzona tu wiedza pochodzi z różnych źródeł oraz doświadczeń własnych i jest opisywana dla gier z generacji VII, czyli Sun/Moon/Ultra Sun/Ultra Moon więc niektóre opisane tu mechaniki mogą nie działać w ogóle lub w inny sposób w generacjach poprzedzających. Szczególnie opisywana później technika podmianki stosowana do "shiny breedu" (choć pomocna też przy innych rodzajach breedu)
Użyte grafiki są to oficjalne grafiki, czasami lekko przerobione, lub screeny in-game (bezlicencyjne od różnych autorów)
Słowniczek skrótów i określeń żargonowych:
Shiny- jest to pokemon o innej barwie (czasami nieznacznie tylko) innej niż standardowa, które pojawiają się z określoną rzadkością (więcej o shiny w części o shiny breeding)
[https://cdn.vox-cdn.com/uploads/chorus_asset/file/7298451/Screen_Shot_2016-10-18_at_10.50.44_AM.0.png](https://cdn.vox-cdn.com/uploads/chorus_asset/file/7298451/Screen_Shot_2016-10-18_at_10.50.44_AM.0.png))
Individual Values- (także "iv's", "iv", czy też "v" lub "v's" lecz jedynie przy cyfrach od 0-6, które odpowiadają poszczególnym statystykom, zależnie od tego ile z nich ma maksymalną wartość, taka cyfra pojawia się przy literach) są to wartości liczbowe przypisane do każdego poka po wykluciu/złapaniu, które są nazywane czasem "DNA" pokemona (choć trochę na wyrost). Wartości te mogą mieć wielkość od 0 do 31, które to jednak nie są widoczne jako liczby, a odpowiednie zakresy są określane:
-No Good-0
-Decent-1-15
-Pretty Good-16-25
-Very Good-26-29
-Fantastic-30
-Best-31
Dostęp do określenia ich jak powyżej potrzebujemy funkcji "Judge", do której mamy dostęp po rozmowie z Sędzią którego spotykamy po walce z Redem/Blue i dostaniu się do Battle Tree , który doda nam po wykluciu ponad 20 jaj rzeczoną funkcję do naszego PC
Wpływają one na wartość statystyk, podobnie jak ev's, ujawnia się ich wpływ w czasie późniejszego levelowania (po wartościach statystyk można także zobaczyć też ich wielkość, po osiągnięciu odpowiedniego lvl'u, na specjalnych kalkulatorach dostępnych w internecie z większą dokładnością).
[https://i1.wp.com/mammothgamers.com/wp-content/uploads/2017/11/pokemon-ev-checker.jpg](https://i1.wp.com/mammothgamers.com/wp-content/uploads/2017/11/pokemon-ev-checker.jpg))
Effort Values-(także "ev's', "ev") są to wartości podobnie jak iv's wpływające na statystyki pokemona, te jednak nie są determinowane przy urodzeniu/złapaniu jak iv's, a nabywane poprzez walkę z innymi pokemonami. Wielkość ev's dla jednej statystyki to od 0-252 z czego każde 4pkt ev = 1 pkt do danej statystyki, jendak maksymalna ilość punktów ev's dla pokemona to 510, stąd można do maksimum podnieść tylko dwie statystyki, oraz trzecią podnieść o 6pkt ev, czyli 1pkt do statystyk. Można sprawdzić ich poziom wciskając "Y" w menu summary choć wartości także nie są podane w jednostkach liczbowych, a jedynie jako wykres graficzny, jedynie maksymalne wytrenowanie danej statystyki widać poprzez gwiazdki dookoła statystyki w menu ev's, po wykorzystaniu wszystkich ev's zmienia się kolor grafu. Na dole grafika z maksymalnym rozdysponowaniem ev's, oraz poniżej z niepełnym rozdysponowaniem
[https://pm1.narvii.com/6321/4d2886802817d69198602146fea3e27059cce16b_hq.jpg](https://pm1.narvii.com/6321/4d2886802817d69198602146fea3e27059cce16b_hq.jpg))
[https://i.imgur.com/RCAZP9Q.jpg](https://i.imgur.com/RCAZP9Q.jpg))

Breeding -czyli rozmnażanie pokemonów poprzez oddanie dwóch poków w tym samym egg group lub jednego pokemona z egg groupy ditto, do Pokemon Nursery (screen poniżej), skąd później odbieramy jajo z którego wykluwa się pokemon
[https://projectpokemon.org/home/uploads/monthly_2017_08/59901922a6582_13.PaniolaRanch.png.3e779a810d3a9bf58f53a8fe977a6e88.png](https://projectpokemon.org/home/uploads/monthly_2017_08/59901922a6582_13.PaniolaRanch.png.3e779a810d3a9bf58f53a8fe977a6e88.png))
Nature -każdy pokemon posiada jedną z 25 natur, która determinuje, to jakie statystyki zostaną podwyższone, a jakie obniżone (z wyjątkiem 5 natur które nie mają wpływu na statystyki). Każda Natura wpływa też na smaki, które lubi, lub nie lubi pokemon, są one istotne dla niektórych jagód, które wywołują confusion, jeśli pokemon nie lubi ich smaku. Poniżej Lista Natur wraz ze statystykami, które są podwyższone, a które obniżone, oraz analogicznie smaki, które są o [color=#32CD32]lubianym[/color] i nielubianym smaku
-Hardy- brak wpływu na statystyki, oraz lubianych i nielubianych smaków
-Docile-brak wpływu na statystyki, oraz lubianych i nielubianych smaków
-Serious-brak wpływu na statystyki, oraz lubianych i nielubianych smaków
-Bashful-brak wpływu na statystyki, oraz lubianych i nielubianych smaków
-Quirky-brak wpływu na statystyki, oraz lubianych i nielubianych smaków
-Lonely-Attack Defence Spicy Sour
-Adamant-Attack Sp.AttackSpicy Bitter
-Naughty-Attack Sp.Defence Spicy Bitter
-Brave-Attack Speed Spicy Sweet
-Bold-Defence Attack Sour Spicy
-Impish-Defence Sp.Attack Sour Dry
-Lax-Defence Sp.Defence Sour Bitter
-Relaxed-Defence Speed Sour Sweet
-Modest-Sp.Attack Attack Dry Spicy
-Mild-Sp.Attack Defence Dry Sour
-Rash-Sp.Attack Sp.Defence Dry Bitter
-Quiet-Sp.AttackSpeed Dry Sweet
-Calm-Sp.Defence Attack Bitter Spicy
-Gentle-Sp.Defence Defence Bitter Sour
-Careful-Sp.Defence Sp.Attack Bitter Dry
-Sassy-Sp.Defence Speed Bitter Sweet
-Timid-Speed Attack Sweet Spicy
-Hasty-Speed Defence Sweet Sour
-Jolly-Speed Sp.Attack Sweet Dry
-Naive-Speed Sp.Defence Sweet Bitter
Egg Group- jest to zbiór pokemonów mogący się ze sobą swobodnie rozmnażać wewnątrz tej jednej grupy, za wyjątkiem Undiscovered, który nie może się rozmnażać wewnątrz grupy. Drugą wyjątkową grupą jest Ditto, która może się rozmnażać z każdą grupą wyłączywszy Undiscovered i grupę Ditto. Niektóre pokemony przynależą do dwóch grup jednocześnie, więc mogą rozmnażać się zarówno w obrębie jednej, jak i drugiej grupy. Poniżej lista grup:
-Ditto
-Undiscovered
-Amorphous
-Bug
-Dragon
-Fairy
-Field
-Flying
-Grass
-Human-like
-Mineral
-Monster
-Water1
-Water2
-Water3

Ability -umiejętność pasywna, którą posiada każdy pokemon. Niektóre pokemony, posiadają tylko jedną możliwą Ability, która czasam może zmieniać się wraz z ewolucją (np. Haunter ewoluujący w Gengara zmienia ability Levitate, na Cursed Body), czasem pokemon ma dostęp do dwóch różnych ability ( np. Seviper, który ma dostęp do ability Shed Skin, oraz do Hidden ability Infiltrator), lub ostatecznie do trzech różnych ability (np. Slugma który ma dostęp do ability Magma Armor, Flame Body, oraz jego hidden ability Weak Armor)
Hidden Ability -umiejętność pasywna, pojawiająca się tylko przy określonych przypadkach, bardzo często najlepsza umiejętność danego pokemona, ma też specyficzny rozkład dziedziczenia jej na potomstwo.
Everstone- przedmiot w grze z kategorii Held Items nie pozwalający pokemonowi ewoluować kiedy jest przez niego trzymany. Jeśli pokemon trzyma go podczas breedu, jego natura będzie zawsze przekazana potomstwu
https://vignette.wikia.nocookie.net/pokemon/images/6/60/Dream_Everstone_Sprite.png/revision/latest?cb=20110524011530
Destiny Knot-przedmiot z kategorii Held Items, sprawiający iż jeśli pokemon zostanie trafiony statusem wywołującym niemożność ruchu poprzez zakochanie (infatuation) przekazuje go także, na przeciwnika. Jeśli pokemon go trzyma to potomstwo otrzyma dziedzicznie 5 przypadkowo wybranych wartości po rodzicach, oraz jedną wygnerowaną losowo.
https://samurai-gamers.com/wp-content/uploads/2016/12/9055965_f260.jpg

Oval Charm-przedmiot z kategorii Key Items sprawiający iż jaja pokemonów pojawiają się w Pokemon Nursery z większą częstotliwością, do zdobycia w biórze Game Freak w Heahea City
https://cdn.bulbagarden.net/upload/2/25/Key_Oval_Charm_Sprite.png

Shiny Charm- przedmiot z kategorii Key Items sprawiający iż podczas losowania determinującego czy pokemon jest Shiny, szansa jest zwiększona o 2 dodatkowe losowania, do zdobycia po skomplementowaniu Alola Pokedexa (w poprzednich grach National Dexa), poza pokemonami mitycznymi (Marshadow, Magearna), odebrać można w biórze Game Freak w Heahea City
https://cdn.bulbagarden.net/upload/b/bd/Key_Shiny_Charm_Sprite.png
Power Items-przedmioty z kategorii Held Items, które trzymane przez pokemona zwiększają przyrost EV's o 8 (zmniejszając czasowo speed) są to:
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/7/7b/Bag_Power_Weight_Sprite.pngPower Weight dla HP
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/8/84/Bag_Power_Bracer_Sprite.pngPower Bracer dla Attack
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/b/b6/Bag_Power_Belt_Sprite.pngPower Belt dla Defence
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/4/4f/Bag_Power_Lens_Sprite.pngPower Lens dla Sp. Attack
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/6/65/Bag_Power_Band_Sprite.pngPower Band dla Sp. Defence
-https://cdn.bulbagarden.net/upload/8/87/Bag_Power_Anklet_Sprite.pngPower Anklet dla Speed
Ekfekt podwaja zarażenie Pokèrus, można je kupić w Battle Royal Dome.
Gdy są trzymane podczas breedu to jest 100% pewności iż dana statystyka będzie przeniesiona na potomstwo
Pokèrus-jest to choroba (o dziwo pozytywna), którą jest statystycznie zarażony jeden na 21845 pokemonów w dziczy, (jednak nie ma się co martwić, łatwo znaleźć zarażonego poka na GTS lub Wonder Trade) powoduje ona iż EV's uzyskiwane przez pokemona są podwajane także te pochodzące z Power Items. Pokemon może się zarazić Pokèrus od innego pokemona jeśli jest obok niego w Party przez losową ilość kroków, porada, trzeba pamiętać by poka którym zarażamy, później schować do PC Boxa, inaczej zaleczy się u niego choroba i przestanie w ten sposób zarażać. Im więcej pokemonów już zarażonych w Party tym większe prawdopodobieństwo zarażenia
https://www.serebii.net/games/pokerus.jpg
Hidden Power- jest to atak, który zmienia typ zależnie od tego jaki zestaw iv's posiada dany pokemon. Może to być każdy typ z wyjątkiem Normal i Fairy. Niektóre z iv muszą być parzyste lub nieparzyste, najłatwiej to uzyskać przez 30 i 31 jako, że przy sprawdzaniu iv's te są najłatwiejsze do odróżnienia, poniżej zestawy na przykłądzie tych właśnie wartości, jakie są kombinacje gdzie pokolej będą HP/Attack/Defence/Sp.Attack/Sp.Defence/Speed:
-Bug- 31/31/31/31/30/30
-Dark-31/31/31/31/31/31
-Dragon- 30/31/31/31/31/31
-Electric- 31/31/31/30/31/31
-Fighting- 31/31/30/30/30/30
-Fire- 31/30/31/30/31/30
-Flying- 31/31/31/30/30/30
-Ghost- 31/30/31/31/30/31
-Grass- 30/31/31/30/31/31
-Ground- 31/31/31/30/30/31
-Ice- 31/31/31/31/31/30
-Poison- 31/31/30/30/30/31
-Psychic- 30/31/31/31/31/30
-Rock- 31/31/30/31/30/30
-Steel- 31/31/31/31/30/31
-Water- 31/31/31/30/31/30
Flame Body- ability niektórych pokemonów, jeśli pokemon z tym ability jest w Party razem z jajkami, sprawia, że liczba kroków, które trzeba zrobić by jaja się wykluły zmniejsza się o połowę. Pokemony z dostępnością tego ability:
-Ponyta
-Rapidash
-Magby
-Magmar
-Magmortar
-Heatran
-Litwick
-Lampert
-Chandelure
-Larvesta
-Flechinder
-Talonflame
Egg Moves -ruchy, które są "dziedziczone" przez potomstwo, najczęściej ze strony ojca, gdyż ojciec może być innego gatunku niż potomstwo (gatunek dziedziczony jest po matce, lub po nie Ditto), często bardzo przydatne, lub dla niektórych pokemonów wręcz niezbędne dla uzyskania pełnego potencjału bitewnego
S.O.S. Chaining -tworzenie "łańcuchów" pokonywanych pokemonów, które wołają w Aloli inne pokemony na pomoc, dzięki S.O.S. Chaining można uzyskać szereg pozytywnych efektów, które będą opisane w dalszej części poradnika
Adrenaline Orb -przedmiot z kategorii held items, trzymany przez pokemona, zwiększa mu statystykę Speedu jeśli ten będzie pod wpływem Intimidate, można go także użyć w bitwie z dzikimi pokemonami, wtedy zwiększa tzw. call rate, czyli częstotliwość wołania przez pokemony pomocy w S.O.S. Chainie
Flase Swipe- atak który zawsze zostawia 1HP przeciwnikowi, bardzo przydatne do ich łapania
Friendship Berries
Są to jagody zwiększające Friendship, oraz jednocześnie zmniejszając o 10 punktów EV pokemona, każda w innej statystyce poniżej lista jagód:
https://cdn.bulbagarden.net/upload/d/dd/Bag_Pomeg_Berry_Sprite.pngPomeg Berry- zwiększa freindship zmniejsza EV w HP
https://cdn.bulbagarden.net/upload/e/eb/Bag_Kelpsy_Berry_Sprite.pngKelpsy Berry- zwiększa freindship zmniejsza EV w Attack
https://cdn.bulbagarden.net/upload/9/9e/Bag_Qualot_Berry_Sprite.pngQualot Berry- zwiększa freindship zmniejsza EV w Defence
https://cdn.bulbagarden.net/upload/3/3b/Bag_Hondew_Berry_Sprite.pngHondew Berry-
zwiększa freindship zmniejsza EV w Sp.Attack
https://cdn.bulbagarden.net/upload/6/64/Bag_Grepa_Berry_Sprite.pngGrepa Berry-
zwiększa freindship zmniejsza EV w Sp.Defence
https://cdn.bulbagarden.net/upload/9/9a/Bag_Tamato_Berry_Sprite.pngTamato Berry-
zwiększa freindship zmniejsza EV w Speed
Lucky Egg- przedmiot z kategorii held items, zwiększa on o 1,5x exp, można go dostać od Prof. Kukui po złapaniu 50 pokemonów, w jego laboratorium
https://cdn.bulbagarden.net/upload/0/00/Dream_Lucky_Egg_Sprite.png

Breeding

Breeding Egg Moves -By "wbreedować" egg movy musimy wynaleźć pokemona z tej samej egg group, posiadającego interesujący Cię ruch, musi to być koniecznie samiec, gdyż, gatunek dziedziczony jest po matce. Jeśli pokemon, ma dane ruchy w danej chwili w swoim movesetcie, przekazuje je potomstwu np. Ponyta może nauczyć się ruchu Morning Sun, który jest bardzo przydatny, szczególnie podczas słońca, by go "wbreedować" trzeba oddać do nursery samicę Ponyty, lub Rapidash, oraz samca Espeona, znającego Morning Sun, potomstwem będą Ponyty znające ruch Morning Sun, będą go mogły teraz przekazywać dalej potomstwu, niezależnie od płci, dzięki czemu można wbreedować 4 różne egg moves od 4 różnych ojców.
Breeding Natury-By uzyskać odpowiednią naturę, jeden z rodziców musi posiadać rządaną. Jest bez znaczenia który rodzic, ważne by dać mu item Everstone. Dzięki temu całe potomstwo będzie mieć naturę taką jak rodzic z eversotem (np. Greninja samiec posiada naturę Timid, a Samica Greninjy Naughty, jeśli damy samcowi everstone, potomstwo będzie Timid jak na grafice poniżej) https://i.imgur.com/cNA5Up3.png
Breeding IV's -By uzyskać jak najodpowiedniejsze zestawy IV's najczęściej trzeba breedować wielokrotnie, używając przy tym przedmiotu Destiny Knot, trzymanego przez jednego z rodziców, najczęściej tego który nie trzyma Everstone. Gwarantuje to, że 5 losowych IV's od obu rodziców jest dziedziczonych 6 jest losowany, dlatego dążymy do tego by rodzice mieli zawsze jak najwyższe IV's, chyba, że chcemy by konkretna statystyka była mniejsza, jak Speed, dla niektórych pokemonów pod trickroom, lub by określone IV były parzyste, do Hidden Power. Poniżej ilustracja poglądowa, zielone znaki to losowa statystyka:
https://i.imgur.com/So9vL8p.png
Hidden Power Breeding -są dwie metody uzyskania odpowiedniego Hidden Power, pierwsza to breedowanie bez Destiny Knot, na chybił trafił metodą prób i błędów, sprawdzić jakie Hidden Power możemy sprawdzić w Nursery, rozmawiając z Dziewczyną w lewym górnym rogu (jak na ilustracji poniżej)
http://oyster.ignimgs.com/mediawiki/apis.ign.com/pokemon-sun-pokemon-moon/thumb/c/c9/Walkthrough151.png/228px-Walkthrough151.png
Druga metoda jest uzależniona od tego czy posiadamy pokemony z IV 30 w odpowiedniej statystyce, która musi być parzysta (spis w słowniczku), wbreedowujemy ją do najlepiej za pomocą Power Items, a następnie dobreedowujemy resztę statystyk na 31, ta metoda jest dokładniejsza i szybsza jedynie pod warunkiem posiadania, odpowiedniego rodzica. Należy także pamiętać iż Hidden Power to atak Special, przez co jest mało użyteczny na pokemonach fizycznych
Hidden Ability Breeding -Hidden Ability można wbreedować na dwa sposoby, rozmnażając pokemony gdzie Samica posiada HA, ma ona wtedy 80% na przekazanie HA, pozostałe 20% potomstwa będzie miało, losowo 50/50 pozostałe ability, lub jeśli nie ma dwóch zwykłych to zawsze jedno inne ability niż HA. Drugi sposób to breedowanie z Ditto pokemona z HA, gdzie pokemony genderless, niebędące w grupie Undiscovered lub Ditto, mają 60%, szans na przekazanie HA, samce i samice z HA również 60% szans na przekazanie HA
Ball Breeding -od generacji VII ball jest dziedziczony nie tylko po samicy jak było w poprzednich generacjach, teraz genderless pokemony breedując z Ditto także przekazują swoje balle, a także jeśli breedujemy dwa poki jednego gatunku (np. dwa Loppuny samiec i samica, nie zadziała jednak już nawet jedna linia ewolucyjna, jak np. Lopunny i Buneary), każde ma 50% na przekazanie swojej kuli potomstwu.
Shiny Breeding -by zwiększyć prawdopodobieństwo wybreedowania, pokemona shiny można uczynić parę kroków, pierwszym jest zdobycie Shiny Charm (opis itemu w słowniczku), co zwiększa prawdopodobieństwo uzyskania shiny, następnym krokiem jest tzw. Masuda Method, czyli breedowanie poków z dwóch różnych krajów (gdzie jeśli pok nie jest z kraju o innym alfabecie jest traktowany jako z tego samego państwa pokemon, np. jeśli jeden jest z Niemiec, a drugi z Hiszpani, to traktowane są jak z jednego kraju) razem te wszystkie metody zwiększają prawdopodobieństwo z 1/4096 do 1/512. Tu jest też stosowana technika podminaki, póki podmieniamy pokemona, który nie występuje jednopłciowo (np Miltank, Chansey), lub nie jest genderless (np. Magnemite, Carbink), robimy to w następujący sposób:
Ponieważ niektóre pokemony mają bardzo długi czas wysadzania jaj możemy wykorzystać podminakę
1.Save'ujemy grę po czym wsadzamy pokemona jak np. Magikarp najlepiej z Hidden Ability Samica
2.Produkujemy 5-20 jaj pod żadnym pozorem niezapisując gry
3.Wysiadujemy jajka
4a. Jest shiny robimy soft-reset i wsadzamy pokemona, którego chcemy shiny, najlepiej tej samej płci co pokemon którego używaliśmy na początku (uwaga jeśli pokemon ma inne gender ratio potomek może mieć inną płeć niż wcześniejszy pokemon dlatego do breedu Shiny Sallazle, czy Shiny Vespiquen używać Togetica), plus odrazu widzimy czy potomek odziedziczył HA, dlatego jeśli tak się nie stało mozemy podmienić go na pokemona, który takowegoż nie potrzebuje
4b. Nie ma Shiny wypuszczamy potomstwo, powtarzamy punkt 1.

Trening

Trening EV -by zdobyć konkretne EV musimy pokonywać konkretne pokemony, które rozdają 1 punkt do jednej zdolności, lub po 1 punkcie z dwóch zdolności lub 2, a także rzadziej 3 punkty EV, możemy jednak ten efekt znacznie przyspieszyć. Używamy do tego odpowiednich Power Items, oraz choroby Pokèrus, a także S.O.S. Chainingu. Power Items zwiększa o 8 przyrost EV, Pokèrus podwaja wszelkie efekty, S.O.S. Chaining także podwaja efekt, czyli używając wszystkich metod na raz dostajemy 36 EV, dzięki czemu przy 7 pokemonach w chainie mamy maksymalnie wyśrubowaną statystykę, bez Pokèrus przy 14 pokemonach. Najlepsze miejsca do treningu to:
HP- SM- Slowpoke'i nieopodal chatki Prof. Kukui USUM- także pułapkowa Chansey w krzewach na Poni Wilds (to tego dobre iejsce do lvlowania)
Attack- wysoka trawa tuż na prawo od Nursery, najczęstrze pokemony które tam wyskakują to Lilpup oraz Mudsdale, które to oba rozdają EV z Attacku
Defence- Rongerolla w jaskini obok chatki Prof. Kukui
Sp.Attack- Petilil pułapkowy w krzewach na Poni Wilds
Sp.Defence- Tentacool pułapkowy w wodach niedaleko Hano Grand Resort
Speed- dla Moon oraz Ultra Moon Verdant Cavern pułapkowe Rattaty, dla Sun i Ultra Sun Verdant Cavern lub dowolna inna jaskinia z Zubatami
Levelowanie- tu zależnie od gry dla SM najlepiej jest powtarzać Elitarną 4, co najczęściej wystarcza by dolewelować pokemona, do 50lvl, najczęściej wykorzystywanego w walkach, jeśli musimy później użyć hyper treningu, czyli dobić do lvl'a 100, dobrze jest znaleźć sobie w Plazie budynek Rare Kitchen, dla USUM, sprawa jest dużo prostrza ze względu na obecność Chansey na której w szybkim czasie wylevelujemy pokemona, warto też dać lvlowanemu pokemonowi Lucky Egg(dostajesz jeden od Prof. Kukui, w USUM zaś są też trzymane czasem przez Blissey, wzywane w S.O.S. Chainie Chansey), co zwiększa o 1,5x przyrost exp'a, do tego zwiększyć za pomocą fasolek affection, co także zwiększa przyrost exp.

Pozyskiwanie Pokemonów oraz przydatnych Przedmiotów

Trading- trading mocno pomaga w zwiększeniu naszego wahlarza użytecznych pokemonów, jeśli mamy wystarczające pokłady cierpliwości, oraz szczęście, można zdobyć wiele ciekawych pokemonów, poprzez np. losowy Wonder Trade, choć polecam uważać z używaniem ich bezpośrednio, a raczej używania ich do breedu, gdyż wiele z nich może być tzw. Hackami, czyli pokemonami zrobionymi przez zewnętrzny program, których używanie, w niektórych przypadkach, może nawet przyspożyć bana. Ważny jest także GTS, gdzie znika losowość, tutaj też trzeba uważać na Hacki, lecz także i tu można, uzyskać wiele ciekawych stworków.
S.O.S. Chaining- S.O.S. Chainig jest ważną metodą pozyskiwania jak najbardziej przydatnych pokemonów, do dalszego breedu. Można dzięki niemu uzyskać pokemony z Hidden Ability, oraz z całkiem przyzwoite IV. Jest także większa szansa na Shiny, lecz będzie miał raczej małą przydatność bitewną. By go wywołać trzeba zniżyć odpowiednio HP pokemona, najlepiej atakiem False Swipe, by zwiekszyć zaś częstotliwość przyzywanych pokemonów warto użyć itemku Adrenaline Orb, oraz pokemonów z ability Pressure, Unnerve, lub Intimidate. Zależnie od długości chaina mamy różne effekty, które opiszę poniżej:
Wskazówki
Trzeba uważać, żeby nie przerwać chaina. Wymieniać co jakiś czas pokemona, który woła o pomoc, gdyż jeśli skończą mu się PP, zacznie używać Struggle, co go zabije, czyli przerwie chain, można temu zapobiec, przekazując wołającemu pokemonowi ability Harvest oraz Leppa Berry. By skutecznie robić Chainy, trzeba zestawu różnych pokemonów, które zwiększą szanse powodzenia oraz szczegółowo zostaną opisane w następnym podrozdziale warto go przeczytać gdyż niektóre efekty którymi będziemy mogli się wspomagać niwelują się na wzajem, np. Unnerve sprawia, ze pokemony nie mogą jeść jagód, więc strategia z Leppa Berry jest wtedy niefektywna.
Użyteczne pokemony (Utilitymony)
1.Smeargle (False Swiper)
Ability:Technician
Natura: Adamant (preferowana)
Moveset:
-Skill Swap
-False Swipe
-Icicle Spear
-Foresight
Szczegóły: Wbijamy na 100 lvl naszego "Malarza", by miał wystarczająco dużo Bulku oraz siły ofensywnej, najlepiej też wbić mu ev w HP i Attack, dzięki Foresight nasz pok może dosięgnąć False Swipem także duchy, False Swipe oczywiście zostawia 1HP, przeciwnikowi, Icicle Spear eliminuje pokemony niepożadane w chainie, skill swap, pozwala, na sprawdzenie czy pokemon posiada Hidden Ability
2.Aegislash (False Swiper)
Ablity:Stance Change
Natura:Adamant/Jolly
Moveset:
-Shadow Claw
-False Swipe
-Aerial Ace
-Kings Shield
Szczegóły: Wbijamy na 100 lvl "Mieczyk", False Swipe oczywiście zostawia 1HP, dzięki temu, że Aegislash jest duchem nie działają na niego kłopotliwe normal ataki, jak take down, explosion, czy Self-Destruct, Aerial Ace zawsze trafia, przez co nawet pokemony obniżające twoje accuracy nie stanowią problemu, Shadow Claw, daje stab, jest skuteczny przeciw niektórym pokom, można go jenak zmienić z innym atakiem, jak Secred Sword, czy innym fizycznym, Kings Shield, pozwala za to wytrzymać dłużej przy niektórych wysoko lvlowych przeciwnikach
3.Abra Hunter Smeargle
Ability: Technician/Own Tempo
Natura: Jolly
Moveset:
-Mean Look
-False Swipe
-Spikes/Stealth Rock
-Shadow Claw
Szczegóły: Jako, że set jest tylko do złapania, uciążliwej do chainowania Abry, która nie występuje na wysokim lvlu nie trzeba wbijać aż na 100 lvl. Mean Look sparwia, że Abra nam nie ucieknie, przy chainie należy też rzucić Spikes, dzieki temu odkryjemy, która Abra HA, gdyż ta nie odniesie obrażeń od Spikes na wejściu, Stealth Rock działa identycznie, shadow claw jest do dobijania niepotrzebnych.
4.Stantler(USUM only Intimidater)
Ability:Intimidate
Nature:Jolly/Timid
Moveset:
-Skill Swap
-Thunder Wave
-Thief
-Hypnosis
Szczegóły: Intimidate to najlepsze Ability zwiększające call rate, jednak pokemon posiadający False Swipe go nie posiada, dlatego przekazujemy przeciwnikowi Skill Swapem Intimidate, po czym zmieniamy pokemona, na False Swipera, ze Skill Swap, jak nasz Smeargle, By mieć pokemona z Intimidate oraz False Swipe naraz. Reszta ataków, by móc uśpić lub zparaliżować pokemona, którego już chcemy złapać w chainie, by nie wołał pomocy zbyt często
5.Sneasel/Weavile(False Swiper)
Ability:Pressure
Nature:Jolly/Adamant
Moveset:
-False Swipe
-Thief
-Poison Jab
-Taunt/Ice Punch
Szczegóły: Wbijamy naszego poka na 100 lvl, jest dobry do polowania na Itemki w specjalnym teamie do łowienia itemków, Fase Swipe zbija do 1HP, Thief kradnie itemek, odrazu strącając poka, alternatywny ruch strącający to poison Jab, lub ice punch, taunt za to sprawia, ze pokemony nie będą używały irytujących statusów, jak leczenie, czy zmniejszanie accuracy.
6.Item Hunting Buterfree 5x
Ability:Compound eyes
Nature:Dowolna Neutralna Natura
Moveset:
-Thief
-Air Slash/Aerial Ace
-U-Turn
-Roost/Quiver Dance
Szczegóły: Robimy 5 sztuk takich samych lub podobnych, thief do kradzieży przedmiotów dzikim pokemonom oczywiście, Air Slash/Aerial Ace do strącania niepotrzebnych poków U-turn, do wygodnego podmieniania na następnego Butterfree, który jeszcze nie trzyma itemka, Roost/Quiver Dance dla wsparcia. Compound Eyes to ability, które w walce z dzikimi pokami zwiększa, szansę na to że trzymają itemka, dlatego false swipujemy naszym sneaselem/weavilem, pierwszego pokemona, podmieniamy na Butterfree i strącamy każdego pokemona Thiefem, aż nie trafimy na przedmiot (jak thief nie daje rady, to doprawiamy, Air Slash/Aerial Ace), jak uzyskamy przedmiot zmieniamy na następnego Butterfree, aż nie uzyskamy 5 przedmiotów, następnie wrzucamy sneasela i robimy to samo chyba, że przedmiot ma bardzo niski spawn, wtedy kończymy na 5
7.Item Pickuping Alolan Meowth 5x
Ability:Pickup
Natura: Adamant
Moveset:
-Payday
-Fake out
-Thief
-U-turn
Szczegóły: Wbijamy go na 100lvl tak by pod żadny pozorem nie ewoluuował. Payday, sprawia, że za każde użycie tego ruchu zarabiasz Pokedolary, Thief do ewentualnej kradzieży przedmiotów, jednak, to jego ability jest najważniejsze, poprostu sprawia, że jak zajmują nasze wolne miejsca w party chodząc w świecie, one zbierają rużne ciekawe przedmioty, a im wyższy lvl tym większe prawdopodobieństwo tych najprzydatniejszych jak Leftovers, Destiny Knot, Moon/Sun Stone'y, Heart Scale, Prism Scale, itd.
8.Harvesting Alolan Exeggutor
Ability:Harvest
Natura:Dowolna
-Skill Swap
-Bestow
-Block
-Thief
Szczegóły: Wbijamy naszego poka na 100 lvl, pamiętając by przed ewolucją, koniecznie najpierw zdobyć Bestow, Ten pok Będzie zawsze trzymał Leppa Berry. Jeśli chcemy łatwy infinite chain skill swapem, dajemy dzikiemu pokowi ability Harvest, a bestow Leppa Berry, więc jemu gdy skończą się PP, to ta mu je odnowi o 10, zaś Harvest, sprawi, że będzie co chwilę, znajdował nowe Leppa Berries.
9.Ditto Hunting Smeargle
Ability:Dowolne
Natura:Dowolna
Moveset:
-Recyle
Szczegóły: robimy "malarza" wbijając go na przynajmiej 40lvl jedyny ruch jaki może poznać to recycle, jeśli pozna nowy kasujemy go u move deletera w Pokemon Center w Hau'oli City (Starszy Pan po prawej), chodzi o to by pierwszy Ditto się w niego zmienił, następnie zmieniamy go na np. naszego Exeggutora i Bestow przekazujemy mu Leppa berry, on już nigdy nie zemdleje, będzie tylko wołał nowe Ditto
10.Synchronizing Umbreon
Ability:Synchronize
Nature: Każda Natura nie obniżająca Defence lub Special Defence
Moveset:
Dowolny
Szczegóły: Ability Synchronize sprawia, że pokemon, który pojawi się następny w chainie będzie miał 50% szans na taką samą Naturę jak ma nasz umbreon, stąd lepiej zrobić kilka z różnymi nauturami. Bardzo przydatny pokemon przy łapaniu legend, lub też odbieraniu pokemonów, dawanych w grze jak Type:Null czy w USUM Poipole, wtedy ma 100% szans na przekazanie natury, nie działą tylko względem pokemonów z Mystery Gift, te jednak można latwo Soft resetować
**New!**11.Lapras chaining Mr Mime
Ability: Soundproof
Nature: Dowolną, preferowana polepszająca sp.def
Moveset:
Skill Swap
Focus Blast/Thunderbolt
Role Play
Trick
Szczegóły: wbijamy mima na 77 lvl pracochłonne, szczególnie, że służy do chainu jednego pokemona(Lapras), oraz jako pomoc przy łapaniu jednego innego dosyć rzadkiego (Politoed). Skill swapem dajemy Soundproof Laprasowi py przypadkiem nie popełnił samobójstwa perish songiem, focus blaster lub Thunderboltem przebijamy się przez przywołane zbędne w chainie, zaś role playem bierzemy laprasa z Soundproof by nasz nim także nie padł od perish songa, jeśli nie chcemy ciągle swapować, choć bez tego raczej się nie odbędzie i tak, bo trzeba pamiętać iż tu nie użyjemy strategii z harvestem, dlatego trzeba będzie regularnie zmieniać przywoływane poki, zalecam do chainingu HA, gdyż shiny SOS może być tą metodą zbyt frustrujący. Trickiem możemy przedłużyć jednokrotnie bytność pierwszego laprasa na polu dając mu leppa Berry trzymaną przez mima, jeśli użyjemy 2 mimów i jednego false swipera to Jeszcze trochę przedłuży to bytność w polu laprasa i przez to zwiększy szansę na udany chain, by osz zędzić sobie czasu warto w ić mimy tylko do 50-60 lvla, a potem dać do lvlowania w poke pelago, by w późniejszym czasie zająć się chainem, który jest jednym z najtrudniejszych i najbardziej frustrujących w grze. Note: trzeba pamiętać by zaopatrzyć się w dużą ilość revive gdyż Lapras używa ataku Sheer Cold, który jednym strzałem nas knock-outuje(OHKO) wprawdzie ma słabą celność, ale podczas chaina napewno parę razy nas nim trafi
**New!** 13.Weather buster Kecleon by Rova Pears
Ability: Color Change
Nature: Dowolna najlepiej obniżająca sp.attack
Moveset:
Szczegóły: lvlujemy naszego jaszczura na około 50 poziom, skill swap dajemy pokowi na którym lvlujemy ability Color change, następnie zależnie czy będziemy chcieli lvlować poka z Ability dające odrazu hail (Snow Warning) lub od razu sand stream ( sandstorm), uderzamy odpowiednio ice beam lub acient power, by zmienić mu typ

Następne Utilitymony będą dodawane w przyszłości.
Dziękuję za przeczytanie poradnika, w razie pytań polecam pisać, postaram się odpowiedzieć na nie ja lub być może inni użytkownicy :)
submitted by Waren78657 to PokeRagnarok [link] [comments]


2018.12.21 23:59 Gazetawarszawska ZAGADNIENIE ŻYDOWSKIE

Szczytem zaś wszystkiego jest odezwa Franka, przywódcy żydowskiej sekty mechesów.
Ten to żyd turecki w swej odezwie z 1755 roku do ży­dów w Polsce, tak charakteryzował kraj i ludność polską:
„A szlachta polska, czego nam właśnie trzeba, jest dobra i głupia. Jej królowie nigdy nie byli od niej mędrsi, dla nas zaś zawsze byli jeszcze lepsi niż ona... Nie tylko przez taką ludność, ale także niesłychane swobody i rozkosze ludu żydow­skiego w Polsce, ja bym ten kraj, prędzej nazwał żydowskim, niż polskim, judzką niż polską ziemią, bo te miliony chłopów polskich, dla żydów żyją, dla nich jedynie w pocie czoła pracują i sam Pan Bóg po Palestynie Polską musiał na nową ziemię obiecaną, Kraków na nową Jerozolimą przeznaczyć".
ZAGADNIENIE ŻYDOWSKIE
PRACA DLA POLAKÓW WŁADZA DLA NARODU
Narodowo - Radykalny Komitet Wydawniczy Młodych
WARSZAWA
DRUKARNIA OGNISKA, POZNAŃ, WIELKIE GARBARY II. TELEFON 12-48
+++
  1. Najważniejsze zagadnienie.
„Przyjdzie taka chwila, w której wszystkie narody chrześcijańskie, wśród których żyją żydzi, poznają, że zagadnienie, czy żyda można pozostawić, czy też trzeba wyrzucić, jest dla nich takiem, które określa się jako zagadnienie życia i śmierci".
Franciszek Liszt.
Najważniejszem zagadnieniem dla Polski w chwili obec­nej jest kwestja żydowska, ponieważ decyduje o naszej przyszłości:
Pod względem gospodarczym. W kraju cierpiącym na bezrobocie i przeludnienie, cztery miljony miejsc zajętych przez żydów, stanowi o nędzy ludności, więcej: Żydzi opano­wali niemal całkowicie finanse i handel. Anonimowy kapitał żydowski rządzi przemysłem. Połowę wolnych zawodów będą stanowić w najbliższej przyszłości żydzi. Rządząc życiem gospodarczem nie dopuszczą oni dobrowolnie do jakichkolwiek zmian ustroju gospodarczego, pożytecznych dla narodu — go­spodarza, a tem samem szkodliwych dla narodu — pasorzyta.
Pod względem kulturalnym. Nauka polska jest w po­ważnej mierze opanowana przez żydów, świadczy o tem za­równo ilość profesorów i asystentów żydów, jak i zafałszowa­nie poszczególnych dziedzin wiedzy, jak np. historji przez żydów dla ich celów narodowych. Literatura jest w ręku żydowskiem: Teatry, czasopisma, krytyka, domy wydawnicze, poezje. To samo w dziedzinie sztuk pięknych, zwłaszcza mu­zyki. Dzienniki, radjo, film, to dziedzina niemal monopolu żydowskiego.
Jeżeli nie chcemy, by inteligencja polska zaczęła myśleć, mówić i pisać w duchu żydowskim — w dziedzinie tej musi nastąpić głęboka rewolucja.
Pod względem politycznym. Istotnym podziałem poli­tycznym w Polsce, nie jest dziś podział na lewicę i prawicę, na radykałów i zachowawców, na kolektywistów i indywiduali­stów, ale na ludzi zależnych i nie zależnych od żydów. Przy­szłość zagadnienia żydowskiego ’ zadecyduje o tem, kiedy, jakie i z kim prowadzić będziemy wojny i z jakim wynikiem. Czy będziemy samodzielni, czy nie. W położeniu naszem szaleństwem byłoby nie uwolnić się od opieki żydów, dążą­cych do swych własnych celów, których Polska nic nie ob­chodzi.
Rozwiązanie sprawy żydowskiej musi nastąpić już obec­nie. Po pierwsze dlatego, że ta sprawa już może być rozwią­zana, bo potęga żydowstwa międzynarodowego po ciosach finansowym w Ameryce i politycznym w Niemczech, oraz wobec załamania międzynarodowej finansjery jest o tyle sła­ba, że groźnego ciosu Polsce zadać nie może.
Po drugie dla tego, że ta sprawa już musi być rozwią­zana, bo za lat kilka nastąpi rozwiązanie żydowskie, praw­dopodobnie w postaci komunizmu, jeżeli iść będziemy dalej w kierunku spełniania żydowskiego programu polskiemi rękami.
Jak rozwiązać zagadnienie żydowskie?
  1. Czem żydzi nie są i czem me mogą być.
„...chorego nie można wiecznie tolerować. Nawet ojciec lub matka, jeżeli są stale chorzy, stają się cięża­rem. Narody nie mogą nas znieść. My zarażamy powie­trze jak naród chory...“
poseł Icchok Griinbaum.
Zasadniczym błędem jest wtłaczanie sprawy żydowskiej w ramy t. zw. zagadnienia mniejszości narodowych. Takiego zagadnienia w ogóle niema. Samo pojęcie mniejszości narodo­wych jest sztuczne, zaczerpnięte jedynie i wyłącznie z narzu­conego nam t. zw. małego traktatu wersalskiego. Można jeszcze od biedy chrzcić tą nazwą ludność niemiecką w Polsce oraz Czechów na Wołyniu i Litwinów w kilku gminach północno- wschodnich. Są to bowiem odroślą większych organizmów narodowych, mieszkające poza granicami swych państw naro­dowych. Miarą naszego ustosunkowania się do tych „mniej­szości" winien być nasz stosunek do Niemiec, Czech i Litwy.
Zupełnie odrębne zagadnienie powstaje w odniesieniu do Białorusinów, Poleszuków, Rusinów, Hucułów i innych plemion słowiańskich na wschodzie naszego państwa. Jest to nasza sprawa czysto wewnętrzna. Dalecy jesteśmy zresztą od odbierania naszym bliskim pobratymcom ich odrębności plemiennych, przeciwnie, uznajemy je za czynnik bogacący kulturę polską.
Taki jest nasz cel na wschodzie państwa.
Sprawy żydowskiej niepodobna rozwiązać frazesem o lo­jalności obywatelskiej. Sięga ona znacznie głębiej.
Żydzi są pod względem rasowym bardzo odrębni od ogółu narodów europejskich.
Pod względem kultury odrębność żydowska zaznacza się jeszcze silniej. Podczas gdy plemiona ruskie i białoruskie kulturalnie różnią się od nas niewiele, podczas gdy Niemcy posiadają wspólne z nami, choć inaczej nieco rozumiane pierwiastki cywilizacji rzymskiej, żydzi stanowią odrębny, zam­knięty w sobie świat kulturalny, kwitnący na dwa tysiące lat przed powstaniem państwa Polskiego, świat różny pochodzeniem i duchem od cywilizacji, na której jesteśmy wychowani.
Uważanie żydów za materjał na Polaków jest taką samą głupotą jak przypuszczenie, że Japończyk w smokingu prze­staje być Azjatą.
Stop dwóch światów, obcych sobie w najgłębszych po­kładach duchowych byłby zagładą naszej cywilizacji narodowej, zniszczeniem tego, co z wysiłkiem zbudowało trzydzieści po­koleń. Nie grozi nam to jednak.
Młode pokolenie polskie i żydowskie to już dwa światy odrębne nie tylko duchowo (to było zawsze), ale i społecznie.
Ten zdrowy objaw pozwala wreszcie na ostateczne po­grzebanie upiora „assymilacji”.
III. Czem żydzi są i czem chcą być.
„Gdyby ten wrogi stosunek nawet wstręt byt oka­zany żydom tylko w pewnym czasie i w jednym kraju, łatwo byłoby wybadać ukryte przyczyny tej niechęci; ale plemię to było, przeciwnie narażone na nienawiść wszyst­kich narodów, wśród których mieszkało. Trzeba więc, ponieważ wrogowie żydów należeli do najróżniejszych plemion, żyli w krajach od siebie odległych rządzeni byli przez różne prawa, kierowani przez odmienne za­sady, nie mieli tych samych obyczajów i przyzwyczajeń, przejęci byli odmiennym duchem, który nie pozwalał im sądzić o rzeczach jednakowo, trzeba więc, by przyczyny ogólne antysemityzmu tkwiły w samym Izraelu, a me w tych którzy go zwalczali".
Bernard Lazare »L’Antisémitisme“ 1894
Najważniejszą przyczyną odrębności żydów jest ich organizacja polityczna.
Żydostwo jest zbiorem sekt rozmaitych i różnych grup politycznych nieraz zupełnie sprzeęznych. Pomimo to zachowuje jednolitość działania na zewnątrz, a nawet wygrywa nie­raz wewnętrzne sprzeczności. Przyczyna tego tkwi w organi­zacji wewnętrznej żydów. Żydzi są rządzeni przez starą i sprawną tajną organizacją jednocześnie religijną i polityczną.
Organizacja ta do tej pory od okresów bardzo zamierz­chłych, bo bodaj czy jeszcze nie od epoki niewoli babilońskiej operowała podwójną bronią.
Z jednej strony używała żydów „asymilatorów” pozornie wchodzących w skład innych narodów, zdobywających tam wpływy i działających w myśl interesów narodu żydowskiego. Z drugiej stworzyła związki „ortodoksów” żydów pobożnych, strzegących czystości i odrębności życia religijnego i na­rodowego+).
Ostatnio dwa wielkie ruchy mają powodzenie w żydostwie.
Jeden to sjonizm. Jest to ruch przeznaczony dla żydów oderwanych już od swego środowiska, którzy nie zachowując przepisów religijnych, stracićby mogli łączność ze swoim narodem. Sjonizm łączy tych wszystkich żydów, wyszłych ze środowiska chałaciarskiego i odnawia na nowoczesnych pod­stawach poczucie łączności narodu żydowskiego. Operuje on hasłem odbudowy „Erec Izrael” czyli założenia centrum politycznego narodowego w Palestynie, abv mogło ono ześrodkować wysiłki żydostwa i stamtąd kierować ośrodkami żydow­skimi wśród narodów.
Drugi to komunizm. Celem jego jest przygotowanie gruntu dla wzniesienia gmachu państwa wszechświatowego żydostwa w myśl maksymy jednego z największych przywódców żydowskich, nieżyjącego Teodora Herzla: „Jeżeli na miejsce starej budowli chcę postawić nową muszę naprzód burzyć, a potem dopiero budować".
W pełnych chorobliwej zachłanności planach politycznych żydów Polska odgrywa rolę szczególną.
Żydzi świadomie kolonizują Polskę od wieków, pragnąc z niej uczynić kraj ghetta, czyli zbiornik rezerw żydowskiej sity, t. j. mas narodowego żydostwa, żyjących według przepisów religijnych.
W okresie wojen szwedzkich i buntu Chmielnickiego liczba żydów w Polsce wzrosła trzykrotnie (z 200 tys. na 626 tys.), między 1766 i 1772, w przeciągu zaledwie pierwszych kilku lat panowania St. Augusta, o 50°,0 (z 626 tysięcy na 900
+).Trudno w niewielkiej broszurze rozwodzić się obszernie nad tym tematem. Dzieje polityki żydostwa w świecie obszernie omawia „Zmierzch Izraela" Rolickiego.
tys.). W okresie lat kilkunastu między pierwszym a drugim rozbiorem Polski, w latach 1772—1792, wzrosła dwukrotnie (z 900 tys. na 1 800 tys.). Wreszcie w okresie niewoli Polski liczba żydów na ziemiach dawnej Polski wzrosła z 1 800 ty­sięcy, do 4 981 tysięcy, to jest blisko trzykrotnie. Ściśle w okresie upadku państwa polskiego, kraj nasz był widownią za­lewu żydowskiego.
Słaba Polska leżała i leży w interesie światowej polityki żydowskiej i to bez wzglądu na to, czy nasz stosunek do żydów będzie życzliwy, obojętny czy wrogi.
Wreszcie w pierwszym roku po zamachu majowym, na­dano obywatelstwo polskie ponad 600 tysiącom żydów rosyj­skich, jak to stwierdził oficjalnie w dniu 27. XI. 1928 roku na posiedzeniu sejmowej komisji budżetowej ówczesny minister spraw wewnętrznych gen. Sławoj-Składkowski.
To była cyfra oficjalna, bowiem na podstawie innych źródeł, liczba żydów których „papiery nie były w porządku", a którym nadano obywatelstwo polskie miała znacznie prze­kroczyć miljon.
Powstaje pytanie, dlaczego to z pośród tylu narodów, nas Polaków, naród „wybrany" sobie upodobał.
Wyjaśnią to najlepiej głosy samych żydów.
I tak Salomon Majmon, znany działacz żydowski pisze w swojej „Autobiografji“ :
„Przyznana żydom w Polsce wolność religijna i obywatel­ska" jest „rezultatem panującej w tym kraju nieświadomości politycznej i lenistwa".
I nic też dziwnego „że w stosunku do żydów istniał w Polsce system nierozumnej tolerancji", bo „system rozumnej nietolerancji nie dopuściłby istnienia narodu w narodzie’. Za­wdzięczając zaś temu „ta olbrzymia masa żydowska ocalała i rozrosła się tylko na ziemiach polskich, bo gdzie indziej za­chowała się nielicznie".
Szczytem zaś wszystkiego jest odezwa Franka, przywódcy żydowskiej sekty mechesów.
Ten to żyd turecki w swej odezwie z 1755 roku do ży­dów w Polsce, tak charakteryzował kraj i ludność polską:
„A szlachta polska, czego nam właśnie trzeba, jest dobra i głupia. Jej królowie nigdy nie byli od niej mędrsi, dla nas zaś zawsze byli jeszcze lepsi niż ona... Nie tylko przez taką ludność, ale także niesłychane swobody i rozkosze ludu żydow­skiego w Polsce, ja bym ten kraj, prędzej nazwał żydowskim, niż polskim, judzką niż polską ziemią, bo te miliony chłopów polskich, dla żydów żyją, dla nich jedynie w pocie czoła pracują i sam Pan Bóg po Palestynie Polską musiał na nową ziemię obiecaną, Kraków na nową Jerozolimą przeznaczyć".
Zgodnie z tym celem zasadniczym żydzi odegrali zło­wrogą rolę, zarówno w okresie rozbiorów Polski, jak i w cza­sie powstań, a wreszcie podczas kongresu wersalskiego i woj­ny polsko-bolszewickiej.
Masowa ucieczka żydów z Niemiec do Polski, która się w tej chwili rozpoczyna, idzie również po linii zrobienia z Pol­ski, wylęgarni wszechświatowego żydostwa.
  1. Żydzi w chwili obecnej.
„...bo niema ugody.
Gdzie w jednym kraju żyją dwa żywe narody.
Pragnień im nie odejmiesz, ziemi im nie dodasz —
Jeden musi ustąpić, gość albo gospodarz+.
Karol Hubert Rostworowski „Antychryst" (dramat).
  1. Położenie żydów w świecie.
Chwilą największego znaczenia żydów w świecie były pierwsze lata po wojnie. W ich ręku był cały potężny, decy­dujący o losach państw kapitał międzynarodowy. Odbudowali pod opieką Anglii centrum życia narodowego w Palestynie. Zajmowali główne stanowiska w Stanach Zjednoczonych, w Anglii, w Niemczech. Opanowali Rosję, rządząc biurem politycznem partii komunistycznej. Polsce i innym nowym pań­stwom narzucili traktat o mniejszościach. Antysemityzm za­marł na ogół.
Ale nastąpiło załamanie. Załamał się najpierw kapita­lizm międzynarodowy. Nastąpił kryzys. Upadły największe fortuny żydowskie. Handel międzynarodowy odgrywa coraz mniejszą rolę.
Próba palestyńska się nie udała. Arabi nie mają za­miaru ustąpić. Anglja nie chce walczyć ze stojącym za ni­mi całym światem mahometańskim. W Rosji rozbudził się wśród samych bolszewików silny ruch przeciwżydowski. „Ko­lektywizacja" wyparła żydów w Rosji z handlu. Kolonizacja rolna nie daje spodziewanych wyników. W Niemczech prze­wrót hitlerowski zmierza do zupełnego unicestwienia wpły­wów żydowskich. Wreszcie traci na znaczeniu i sile przycią­gającej masonerja, jedno z najskuteczniejszych narzędzi żydowskich.
Bardzo silnie jednocześnie postępuje rozkład moralny w żydowstwie. Jego warstwy „zeuropeizowane* wyradzają się szybko. Jedynym żydem, mogącym zapewnić swej rasie przy­szłość okazał się chałatowy talmudysta, zamieszkujący głównie na ziemiach polskich.
  1. Żydzi w Polsce.
Żydzi bogaci w Polsce mają wielkie znaczenie i coraz większe wpływy. Ale małomiasteczkowy żyd coraz bardziej ubożeje.
Nienormalny stan gospodarczy Polski pod zaborami stał się powodem ogromnego rozrostu żydów, pośredników od wszystkiego, mogących się utrzymać tylko przy niskim pozio­mie życia handlowego i nienaturalnych granicach. Zjednocze­nie Polski stworzyło możność rozwoju gospodarczego, usunęło potrzebę drobnego pośrednika „od wszystkiego". Warstwa ta jest skazana na zagładą. Utrzymują ją sztucznie: pomoc pie­niężna z zagranicy i sytuacja polityczna. Jest to wielki ciężar, szkodliwy dla gospodarstwa polskiego.
Zmierzch chałaciarza jest ciosem dla żydów, gdyż z tej warstwy wychodziły wszystkie znane wpływowe rodziny żydow­skie. Wyradzały się one szybko i były zastepywane przez no­wych przybyszów z „ghetta" polskiego. Żydzi próbują się ratować przez „ produktywizację mas” co sprowadza się głó­wnie do osadnictwa rolnego i prób usadowienia się wśród robotników. Do tej pory próby kolonizacji nie udały się. Trudno ludność miejską zamienić w rolników. To też żydzi jako ostatnią próbę stworzyli olbrzymi plan kolonizacji polskich kresów wschodnich — z dorzecza Dniepru. Zacząć by chcieli od Polesia. Ale na to musieliby dostać część Polski.
Tymczasem żydzi stanowią 80 procent ludności żyjącej w Polsce z handlu, a w województwach wschodnich 95 proc.+). Im dalej na wschód, tem pierwotniejsze stosunki, tem więcej żydów. Ruguje żydów z pewnych okolic rozwój spółdzielni, zwłaszcza ruskie kooperatywy w Małopolsce Wschodniej, mo­gące służyć za przykład społeczeństwu polskiemu.
Pod względem gospodarczym więc ugody między żydami i Polakami być nie może. Albo żydzi zepchną Polskę do pierwotnego stanu gospodarczego, a Polaków do roli nędzarzy żywiących pasorzytów, albo muszą się w większości z Polski wynieść.
+) Cyfry podaje prof. Roman Rybarski w książce „Przyszłość gospo­darcza Polski”.
Pod względem kulturalnym i politycznym jest nie lepiej. Literatura, krytyka sztuki, to dziedziny żydowskie. Większość aplikantów adwokackich to żydzi. Lekarze żydzi stanowią już połowę ogółu lekarzy. Wszystkie pisma przepełnione są ży­dami . Na najodpowiedzialniejszych stanowiskach rządowych są żydzi. Żydzi bowiem rozumieją, że tylko mając w ręku sfery polityczne i opinję mogą utrzymać nienormalny stan pasorzytnictwa gospodarczego. Liczba ich na wyższych uczelniach przed paru laty niedochodząca 1/4 obecnie przekroczyła ta Inteligencja żydowska w stosunku do ogółu żydów jest prze szło cztery razy większa niż inteligencja polska.
Ten potworny stan musi być zmieniony. Kwestja żydow­ska w Polsce, decydująca o losach żydostwa w całym świecie musi znaleźć rozwiązanie polskie.
Jak rozwiązać zagadnienie żydowskie?
  1. Program w sprawie żydowskiej.
„Przeciw tak nadzwyczajnie rosnącej ludności Ży­dów w stosunku z -ludnością Polaków, trzeba środków prędkich, tęgich i stałych. Obojętność, uległość, stałego postanowienia nie znająca powolność, złego nie wstrzyma, nie poprawi, ani nawet nie umiarkuje. Postęp złego jest wielki, niebezpieczeństwo wielkie; przeciw niemu trzeba środków wielkich".
STANISŁAW Staszyc: „O przyczynach szkodliwości
żydów i środkach usposobie­nia ich,
aby się społeczeństwu użytecznemi stali+ 1816.
Program w sprawie żydowskiej musi uwzględniać,
że żydzi są narodem — sektą, rządzonym przez tajną organi­zację religijno-polityczną, mającą na celu opanowanie władzy w każdem państwie: odrębności polityczne, kulturalne i rasowe uniemożliwiają ich spolszczenie,
że w interesie żydów leży słaba Polska, nisko pod wzlędem gospodarczym, kulturalnym i politycznym stojąca, bez silnie zorganizowanych i odżydzonych ziem zachodnich;
że żydzi odgrywają pod względem gospodarczym rolę pasożytów, śrubują ceny przez kosztowne pośrednictwo, zmuszają polską ludność do emigracji zarobkowej, a o­statnio korzystając z kryzysu i nędzy rolnictwa, zaczęli planowy wykup ziemi polskiej drogą licytacji i zakładania spółek osadniczych,
że żydzi osiągnęli swój szczyt i zaczynają się cofać. Rasa żydowska zaczyna w szybkiem tempie wyradzać się, zarażając rozkładem moralnym ludność rdzenną, wśród której mieszka. Najsilniejsze narzędzie w ręku żydowskiem: międzynarodowy kapitalizm, zaczyna tracić władzę nad narodami, które coraz silniej dążą do odgrodzenia się od żydów.
Rozwiązanie zagadnienia żydowskiego nastąpić może jedy­nie drogą radykalnych reform w trzech zasadniczych dziedzi­nach życia: politycznej, kulturalnej i gospodarczej.
  1. Program w dziedzinie politycznej.
Należy odróżnić pojęcie obywatela i przynależnego. Przy­należność do danego państwa jest pojęciem szerszem, omawiającem stosunek podwładności wobec danego państwa. Obywatelstwo jest pojęciem węższem, zawierającem w sobie myśl o prawach obywatelskich. Każdy obywatel jest przyna­leżnym do państwa, ale nie każdy przynależny może być pełnoprawnym obywatelem. Żyd może być tylko przynależnym Wychrzczenie się nie powinno powodować żadnej zmiany w prawach ani dla wychrzty, ani dla jego potomków. Chrzest nieszczery powinien być utrudniony. Chrzest szczery powinien mieć cele jedynie religijne, nie zaś polityczne. Przynależny nie może mieć praw wyborczych czynnych, ani biernych do sejmu ani samorządu nie może być urzędnikiem państwowym, ani samorządowym, profesorem wyższej uczelni, ani nauczy­cielem średniej i niższej szkoły państwowej, adwokatem, rejen­tem i pisarzem hipotecznym, maklerem giełdowym i t. d.
Przynależny nie powinien odbywać służby wojskowej. W zamian za to winien płacić pogłówne, obracane na cele obrony państwa (podobnie jak dziś opłacają podatek wojskowy poborowi kat. C. D. i E.).
Żydom nie wolno przybierać nazwisk brzmiących podobnie do nazwisk polskich. Wszelkie zaś zmiany nazwisk winny być dokonywane na drodze sądowej, nie zaś administracyjnej; należy przyznać prawo skargi przeciwko zmianie nazwiska przez żyda każdemu obywatelowi polskiemu. Wszelkie zmiany do­tychczasowe należy unieważnić, przywracając żydom dawno- brzmiące nazwiska.
  1. Program w dziedzinie kulturalnej.
W dziedzinie oświatowej stawiamy zasadę zupełnego wykluczenia. Żyd nie ma prawa wstępu na wyższą uczelnię, ani w ogóle do żadnej szkoły państwowej, średniej, zawodowej, czy powszechnej. Wolno natomiast żydom zakładać szkolnic­two średnie bez praw. Wszelkie książki, druki, czasopisma, wydawane przez żydów, muszą w tytule uwidaczniać swe pochodzenie; czasopisma polskie nie mogą zatrudniać dziennikarzy i publicystów — żydów, a żydowskie nie—żydów. Żydzi mają zapewnioną wolność kultu religijnego w granicach, nie wykraczających poza moralność oraz poszanowanie ludności polskiej. Zakazane jest „drutowanie miast", za wyjątkiem dzielnic, wyznaczonych żydom na zamieszkanie.
Małżeństwa mieszane są zakazane. Chrzest nie daje konwertycie i jego potomstwu prawa wstępowania w związki małżeńskie z przedstawicielem(ką) ludności rdzennej.
  1. Program w dziedzinie gospodarczej.
Żydzi posiadają swój własny samorząd gospodarczy, obejmujący również zawody wolne (izby l«karskie, inżynierskie i t. p.). Lekarze, technicy, architekci i t. d. mają prawo wykonywania swej praktyki tylko wśród swoich współplemieńców.
Żyd nie może nabywać ziemi, prowadzić lub dzierżawić gospodarstw rolnych. Ciche wspólnictwo będzie karane. Do­tychczas nabyte przez żydów dobra ziemskie przechodzą bez odszkodowania na własność państwa, na cele reformy rolnej. Do prywatnego zakładu przemysłowego, lub handlowego żyd przyjęty może być tylko o tyle, o ile niema bezrobotnych Polaków tego samego fachu. Zakłady zatrudniające więcej żydów, niż wynosi ich procent w państwie (11%) płacą spe­cjalny podatek wyrównawczy idący na fundusz oświatowy ro­botników polskich.
Lichwa winna być karana ciężkiem więzieniem. Dla zwalczenia praktykowanej przez żydów lichwy ukrytej, pole­gającej na ściąganiu procentów drogą wekslową, przynależni winni być pozbawieni prawa postępowania wekslowego w stosunku do wystawcy, lub żyranta, obywatela polskiego. Wszelki weksel tego rodzaju będzie traktowany jako zwykły oblig.
Handel żywym towarem winien być karany śmiercią. (podkr. red.GW)
Ubój rytualny bydła musi być zakazany.
Spoczynek niedzielny musi być surowo przestrzegany, a jego przekroczenie surowo karane.
Żyd musi mieć wzbronione otrzymywanie, posiadanie, użytkowanie wszelkiego rodzaju koncesyj państwowych (sól, tytoń, spirytus, loterja). Żyd nie może być dostawcą do wojska i urzędów państwowych, żyd nie może prowadzić żad­nych zakładów przemysłowych, związanych bezpośrednio z zadaniami obrony państwa.
Żydzi winni mieć prawo zamieszkiwania jedynie w okreś­lonych przez Władze Państwowe dzielnicach kraju i rejonach poszczególnych miast. Poza temi miejscowościami żyd nie może posiadać żadnej własności nieruchomej.
Najważniejsze zagadnienie dla Polski — to sprawa żydowska
+++
W interesie żydów leży słaba Polska
+++
Kryzys nie minie, póki nie usuniemy pasożytów naszego życia — żydów
+++
Żyd nie może być obywatelem Państwa Polskiego
+++
4 miliony miejsc zajmują w Polsce
Żydzi
+++
Praca dla Polaków nie dla żydów
+++
Władza dla narodu polskiego nie dla żydów i ich parobków
+++

Narodowo-Radykalny Komitet Wydawniczy Młodych
ADRES: Warszawa, Śniadeckich 19, m. 9 Telefon: 9.05-19 Konto czekowe P. K. O. Nr.
GODZINY DYŻURÓW: codziennie z wyjątkiem niedziel i świąt od 16.30 do 17.30

submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.09.06 19:06 Gazetawarszawska Cud Jarosława i zestrzelenie na Ukrainie

Cud Jarosława i zestrzelenie na Ukrainie

09 JANUARY 2018
"Rolą przypisaną Polakom będzie odsiecz Kijowska, która jednak nie ma się skończyć na Majdanie, ale na murach Kremla – tak to już można sobie wyobrazić: Polski żołnierz zawodowy rozpędzi się na Kijów, ale zatrzyma się dopiero na Kremlu, na jego murach. Mury te zdobędzie, profesjonalnie zastrzeli Putina, ale potem skromnie, znając swoje miejsce w szeregu, poprosi żyda o to, aby to on, spadkobierca Starego Testamentu, wbił głowę prezydenta Rosji na oszczep i pokazał światu twarz tej zabitej bestii. Tym Dawidem od pokazywania głowy Włodzimierza Putina na kiju będzie weteran izraelski. Będzie to osobnik godny i szybko zjawi się Kremlu, jego adres jest znany polskiemu MSZ w Warszawie, gdyż jest również i polskim weteranem, to jeden z tych żydów, którzy strzelali polskim bohaterom wojennym w tył głowy, a teraz Polska płaci mu rentę."
Cud Jarosława i zestrzelenie na Ukrainie
http://www.gazetawarszawska.com/index.php/pugnae/39-cud-jaroslawa-i-zestrzelenie-na-ukrainie
+++
Ostanie wydarzenia w świecie, skupiające uwagę na granicy Ukraińsko-Rosyjskiej, tylko pozornie mają cokolwiek wspólnego z Ukrainą, jako tradycyjnie suwerennym państwem, gdzie świat przejawia swą niekłamaną troskę o jej suwerenność.
To choćby z tego powodu, że Ukraina jest tworem śmiesznie sztucznym i takie państwo czy naród w rzeczywistości nie istnieją. Toteż żadna siła polityczna w świecie nie traktuje Ukrainy poważnie jako suwerennego partnera, poza naturalnie Polakami, którzy jako autentyczny paw narodów tylko patrzą, aby i tam znaleźć sobie kolejnego oprawcę, który by na Polskę napadał, grabił, gwałcił i podpalał, a dzięki czemu polska martyrologia znowu będzie na wokandzie – co jest Polakom notorycznie niezbędne.
Z zachowania społecznego w Polsce – obłąkania medialnego widocznego na każdym kroku, ale też i patologii umysłowej u zwykłego zjadacza chleba – wynika prosta konkluzja mówiąca, że tak jakby Polakom mało było wewnętrznego terroru żydowskiego, który do spółki z bandziorami pruskimi i anglosaskim spuszcza z Polski ostatnie krople krwi. Ale trzeba im przysporzyć coraz to nowych obszarów autozagłady i taką przestrzenią jest akurat – tak się to składa – Ukraina. Tam też – patrząc już zupełnie obiektywnie – pojawia się potrzeba dostawcy mięsa armatniego w agresywnej wojnie żydów przeciw Rosji i rola ta przypada głównie Polsce, bo tylko Polacy są pod ręką, no i lubią umierać za obcych, a co też jest prawdą obiektywną.
Gwałtowność i nachalność mediów w Polsce, omawiających wydarzania na wschodzie, mają uczynić „kwestię ukraińską” polskim „być albo nie być”. Losy Ukrainy mają stać się intelektualną obsesją Polaka, który ponownie ma się sprawdzić jako niestrudzony internacjonał chuligańskich wojen.
Rolą przypisaną Polakom będzie odsiecz Kijowska, która jednak nie ma się skończyć na Majdanie, ale na murach Kremla – tak to już można sobie wyobrazić: Polski żołnierz zawodowy rozpędzi się na Kijów, ale zatrzyma się dopiero na Kremlu, na jego murach. Mury te zdobędzie, profesjonalnie zastrzeli Putina, ale potem skromnie, znając swoje miejsce w szeregu, poprosi żyda o to, aby to on, spadkobierca Starego Testamentu, wbił głowę prezydenta Rosji na oszczep i pokazał światu twarz tej zabitej bestii. Tym Dawidem od pokazywania głowy Włodzimierza Putina na kiju będzie weteran izraelski. Będzie to osobnik godny i szybko zjawi się Kremlu, jego adres jest znany polskiemu MSZ w Warszawie, gdyż jest również i polskim weteranem, to jeden z tych żydów, którzy strzelali polskim bohaterom wojennym w tył głowy, a teraz Polska płaci mu rentę.
To ten słabo ukryty motyw – ścięta głowa Putina, obnoszona zwycięsko na murach Kremla- leży u podłoża histerii massmediów w Polsce, które szykują Polaków do pomszczenia na Rosji i Rosjanach odwiecznych krzywd żydo-ukrainy.
Po zestrzeleniu malezyjskiego samolotu, wystawionego na strącenie przez kontrolerów lotniczych w Kijowie, ta typowa PRL-owska rusofobia zamieniła się w autentyczny amok potrzeby odwetu, którym zionie każdy polski prelegent telewizyjny, intelektualista, czy autorytet moralny. O „polskich” politykach nawet nie ma co wspominać, bo ci od dnia Okrągłego Stołu mówią jedynie to, co im się każe, a myślenie od razu kojarzy im się z antysemityzmem, więc od niego stronią, aby nie popaść w grzech nienawiści.
To właśnie ta histeria, po prowokacji zestrzelenia Boeinga, dokonała cudu zjednoczenia „prawicy” tzn. PIS-u, Ziobry i Gowina. Dostali oni telefony z instrukcjami, że mają się zjednoczyć – bo wymaga tego powaga chwili. Chodzi tu to, że ten obecny rząd PO trzeba wymienić i to nie dlatego, że on jest zły, bo źle rządzi, gdyż w Polsce „złe rządzenie, to dobre rządzenie”. Problemem z Tuskiem polega na tym, że PO już się nie sprawdza, gdyż nie porywa tłumów i na bazie opatrzonych telewidzom miernot tego rządu nie można budować medialnego entuzjazmu „naprawy państwa”, a który to entuzjazm ma rzucić Polaków do „naprawy państwa” pod kierunkiem sprawdzonego bojowca Jarosława Kaczyńskiego. I tu, co pewne – bo zaplanowane, też stanie się cud i to niejeden, bo po wybuchu entuzjazmu „naprawy państwa” szybko się okaże , że naprawa musi poczekać. Ponieważ najpierw trzeba dokonać wspomnianej odsieczy Kijowskiej – bo „naprawa państwa” ma odbyć się przez naprawę Ukrainy, a do czego polski najazd na mury Kremla jest niezbędny.
Tak więc wkrótce telewizja objawi to, że stodoła płonie i to Tusk tę stodołę podpalił, a Kaczyński będzie ją gasił i to będzie ten entuzjazm, który skupi masy przy nowym wodzu. Potem zaś – jak powiedziano – okaże się, że Ukrainie trzeba pomóc i stodoła może poczekać. W końcu po udanej misji Kijowskiej Ukraińcy masowo wjadą do Polski i to szeroką ławą, i pomogą gasić tę stodołę, i to tak gorliwie jak tylko to oni potrafią, a co niedobitki Wołynia dobrze wiedzą.
Więc – co widać w telewizji – potrzeba chwili wymaga, aby na miejsce starych obiboków wpuścić do obiegu nowych starych niedołęgów, których profesjonalna telewizja zgrabnie przerobi na mężów opatrzności. A przy okazji robiona im międzynarodowa klaka pochwali polską lojalność wobec sojuszników, bitność żołnierza i jego bezinteresowność, ofiarność w cudzym merkantylnym interesie. Ta atmosfera „zachodniego” uznania, akceptacji i pochwał sprawi, że Polacy, jak jakieś wyżły, tym bardziej jeszcze zaczną się ślinić na widok rosyjskiego zbója, który pogwałca powszechnie uznane normy wolności i demokracji i jako taki musi być ujarzmiony polską ręką, i polski marsz na mury Kremla będzie gotowy.
Niestety – będzie tak, jak kiedyś: „Za naszą i waszą wolność”, a nawet i gorzej, bo przecież nigdy nie wchodzi się do tej samej rzeki dwa razy. Najpierw będzie wielka nadzieja, a skończy się ja zwykle – klęską, ale teraz nie będzie już do czego wracać. Wtedy, drzewiej, Polacy mieli jakieś stałe zasoby materialno – ludzkie i po niepotrzebnej utracie krwi mogli się jakoś odbudować, aby dalej przetrwać. Nikt ich nie eksterminował tak jak dzisiaj, bo istniało papiestwo, które Polaków broniło (nawet przed ich własną głupotą), a państwa rozbiorowe kierowały się etyką chrześcijańską. Nawet żydzi nie mordowali Polaków powszechnie, a co może z wyjątkiem powstań, gdzie zawsze – w newralgicznym momencie – wbijali Polakom nóż w plecy.
Teraz tak dobrze już nie jest, pod ciosami soboru upadło papiestwo, na naszych oczach rozwalane jest ono do reszty przez bezwstydnego półinteligenta Bergoglio, zakazana został etyka chrześcijańska w państwach ościennych, a w Polsce rządzi żydowskie rozpasanie. Głębokie rany po II Wojnie Światowej, PRL-owski ucisk i ekonomiczna nieefektywność, powojenna aborcja rzędu 20-30 milionów Polaków, późniejsze wyniszczenie gospodarki państwowej, wyprzedaż wszelkich zasobów narodowych w ręce obcego kapitału, z obecnie bezprzykładnym drenażowym system opodatkowania, który jest wielokrotnie skuteczniejszym narzędziem wywłaszczeniowym niż wywózki na Syberię lub hitlerowskie roboty przymusowe. To w parze z całkowicie niekontrolowanym przez społeczeństwo system emisji Złotego i jego „wolnej” wymiany sprawia, że Polacy 70 lat po katastrofie II WS nie mają jakiekolwiek bazy duchowej, materialno- ekonomicznej jako zaplecza odbudowy, a utracili wszystko to, co takim trudem zbudowano po wojnie. A w Europie nie ma już ani jednego państwa europejskiego i znikąd nie padnie nawet jedno słowo w naszej obronie, bo w końcu każdy naród jest kowalem swego losu, a nie cudzego – jakby to ciągle chcieli Polacy. Szykowana zatem akcja „naprawy państwa” objawi się pod sztandarem „Za naszą i waszą wolność” , a która z kolei będzie wyprawą kijowską, czyli faktycznie Polską szarżą na mury Kremla, a to stanie się naszym gwoździem do trumny.
+++
Sama sprawa gwałtownego zaostrzenia kryzysu w Doniecku nie ma nic wspólnego z zamachem na samolot z Holandii do Malezji. Stany Zjednoczone oburzające się na podłość tego zamachu szybko formują szyki zbrojne przeciw sprawcy: Rosji. A przecież – na własnym podwórku – do tej pory nie znaleziono sprawców zamachu na WTC 9/11, a wszyscy wiedzą, że poganiacze wielbłądów z Afganistanu nie mogą sterować wielkim samolotami, a nawet gdyby, to żaden z nich nie mógłby trafić w wieże WTC, a nawet i dotrzeć, czy choćby nakierować samolot na Nowy York, co jest oczywiste. Sprawa WTC jest nierozwiązana i to jako już kolejna. Np. USA doświadczyły żydowskiego ataku lotniczego na USS Liberty: w 1967 myśliwce Izraela zaatakowały ten amerykański okręt wojenny i zabiły (podstępnie zamordowały, bo to był okręt sojuszniczy) 34 członków załogi, zraniły dwustu, a cel był jasny: zamordować wszystkich przez zatopienie okrętu! Mimo upływu lat USA nie podniosły tej sprawy w jakikolwiek sposób. Skąd zatem zainteresowanie Amerykanów cudzymi kłopotami, Ukrainą?
Jeżeli zaś chodzi o porównanie kont terroru lotniczego, to historia wojskowych zamachów na samoloty cywilne jest dość czytelna. Na płaszczyźnie międzynarodowej to USA są terrorystą powietrznym, a nie Moskwa. O ile ZSRR zawsze strącał swoje własne cywilne statki powietrzne, które chciały uciec z jego terytorium, to na tym się kończyło i wydarzenie nigdy nie wychodziło poza granice państwa. Sprawa zaś na nowo podjętego (przez znanych oszustów smoleńskich) zamachu na koreański linie lotnicze w 1983 roku Korean Air Lines Flight 007 jest arcyprosta: nie ma dowodu na to, że samolot ten wleciał na terytorium ZSRR. To że ZSRR przyznał się do zestrzelenia nie jest dowodem. http://gazetawarszawska.net/94-demo-contents/nwo/551-frequently-asked-questions-concerning-the-downing-of-kal-flight-007-and-attendant-matters
Na pokładzie znajdował się kongresman Larry McDonald , który był ostatnim antysemitą w amerykańskim establishmencie, a jak wiadomo antysemitów wolno zwalczać, pod czym podpisał się niechlubnie posoborowy papież Jan Pawel II. Zamach na ten samolot nie miał nic wspólnego z ZSRR, a był planowany przez ośrodki będące pod kontrolą CIA i to tak dalece, że były prezydent Richard Nixon, który już znalazł się na pokładzie tego samolotu (siedział koło McDonalda) został z niego wyciągnięty siłą. USA – jako ofiara tego zestrzelenia – nie wystąpiły również o jakiekolwiek odszkodowanie od ZSRR, co przecież Amerykanie mają w nawyku. Nie było to jedyne morderstwo polityczne w USA w ostatnich czasach, żydzi zastrzelili prezydenta Kennedy’ego, a nikt w USA nie robił żydom wymówek i nie groził inwazją ani Izraela, ani Banku Rezerw Federalnych, który przecież jest pod nosem Białego domu. Do amerykańsko-żydowskiego terroru wobec statków powietrznych pasażerskich należy zaliczyć też atak na Egipt Air Flight 990, gdzie samolot ten w drodze z USA do Egiptu został najprawdopodobniej porwany przez komandosów ukrytych na pokładzie i rozbity o wody Atlantyku. Pasażerami byli między innymi wysocy oficerowie sztabowi armii Egiptu, którzy specjalizowali się w kontrolowaniu zbrojeń nuklearnych Izraela. Podejrzanie pada bezpośrednio na Mossad, a Egipt nigdy nie uznał wyników prac amerykańskiej komisji wypadkowej, która prowadziła śledztwo. Podobnie zestrzelenie „omyłkowe” przez armie Ukrainy rosyjskiego Tupolewa miało charakter wyraźnie przestępczy , a nie przypadkowy, sprawę wyciszono, a żydzi z Izraela (zginęli na pokładzie) nigdy nie zażądali od Ukrainy odszkodowania – co też rzuca się w oczy. Podobnie było z ukraińskim flight AHW 2137, który wiózł do Iranu 40 inżynierów lotniczych Antonowa. Mieli oni pomagać Irańczykom w produkcji lotniczej, ale samolot nie doleciał, bo samolot się rozbił i przyczyn tego rozbicia nigdy nie podano w wiarygodny sposób.
Obecny zaś zamach na Boeinga odwrócił całkowicie uwagę świata od żydowskich mordów na Palestyńczykach, gdzie na moment pisania tego tekstu liczba ofiar sięga ponad 400 zamordowanych ludzi, kilka tysięcy rannych i 35000 wypędzonych, uciekających przed bombami. Uzbrojeni po zęby żydzi mordują wszystko to, co się tylko rusza, co stoi im na drodze. Pretekstem do tego było porwanie trzech żydowskich studentów i ich rzekome zamordowanie przez Hamas. Plotki w Izraelu zaś mówią wyraźnie, że „porwanie” był zaplanowane przez Mossad i dla wielu było to wiadome na prawie tydzień przed uprowadzaniem i zamordowaniem. Według tychże plotek historia z porwaniem trzech żydów na terytorium kontrolowanym przez wojsko Izraelskie jest komentowana jako wręcz śmieszna – bo całkowicie nieprawdopodobna, a to ze względu na to, że tam każdy metr kwadratowy ziemi jest pod kontrolą armii i w tamtym miejscu żaden Hamas nikogo porwać nie może. Później zaś, już zupełnie w realu, złapano zwykłego chłopaka palestyńskiego i spalono go żywcem, informując szeroko ludność palestyńską o tym fakcie. Tak to świadomie zaplanowano wywołanie rozruchów, na które armia izraelska była już przygotowana i rozpoczęła się rzeź ludności. Co było do przewidzenia, w Europie akcja ta doznała zbytniego i negatywnego rozgłosu. Odwrócenie uwagi od Izraela poprzez zamach na malezyjski samolot nad Ukrainą jest ewidentnym motywem zestrzelenia tego samolotu, przy czym – nie jest wykluczone – mogły być tu równolegle brane cele dalekosiężne, jak właśnie planowany najazd Polaków na Kreml.
To zestrzelenie musiało być zaplanowane znacznie wcześniej i kto wie, czy nie sięgające okresu, kiedy zaginął inny malezyjski samolot z pasażerami. Przy czym zaginięcie tamtego malezyjskiego samolotu raczej nic nie miało wspólnego z potrzebą porwania jego pasażerów, ale samolot ten mógł być użyty jako ładunek nuklearny do ataku terrorystycznego na Pekin, gdzie uderzono by w Chiny, a postraszono Moskwę. Tak Moskwa, jak i Pekin mogły się w tym zorientować i samolot ten zniknął z tego właśnie powodu, a możliwe, że poleciał z powrotem do Izraela (odwiózł bombę jądrową). To bomba nuklearna na pokładzie tamtego samolotu prosto wyjaśnia solidarne zacieranie śladów jego lotu przez wiele państw, kiedy w innym przypadku ktoś – tylko przez zwykłą nieuwagę – pozostawiłby jakiś ślad. Potem nawet pojawiły się jakieś odgłosy w sieci, że identyczny samolot malezyjski (do zaginionego) na miesiące przed zniknięciem był widziany w hangarach w Tel Aviv, a jego właścicielem miał być rzekomo Soros.
Najbardziej prawdopodobnie zamachu na samolot nad Ukrainą dokonali żydzi, bo to im było bezpośrednio opłacalne i nie tylko jako odwrócenie uwagi od Palestyny, bo w końcu cała wiosna na Majdanie to akcja armii Izraela i międzynarodowych żydów. A poza tym tylko Izrael ma hermetyczny personel wojskowy, który bez obiekcji morduje innych. Ma to umocowanie religijno-etyczne. Religia żydowska, jak wiadomo, naucza, że śmierć goja jest radością dla Yaweha, armia Izraela zaś ponadto daje wolną rękę dowódcom wojskowym w sprawie decyzji o zabijaniu obcych. Kapral żydowski czy inny stopniem w każdym momencie może zabić człowieka, bo ocenił, że jest on zagrożeniem dla bezpieczeństwa Izraela. Ocena stopnia zagrożenia czy innych warunków nie jest nigdy weryfikowana przez kogokolwiek w armii izraelskiej, bo ten, który właśnie zabił wroga, wiedział najlepiej to, że wróg był zagrożeniem i nikt w armii tego nie może podważyć.
Samolot malezyjski przypuszczalnie nie był zestrzelonym rakietą naziemną, ale typu powietrze- powietrze. Już na samym początku pojawiły się pogłoski, że za samolotem tym podążał myśliwiec, który odpalił w jego kierunku rakietę powietrze-powietrze. Myśliwiec ten, po trafieniu przez niego samolotu pasażerskiego, miałby być zaraz potem zestrzelony przez inne myśliwce , które za nim podążały. Pierwsze zdjęcia video pokazywały nawet dwa wielkie ogniska dymu, gdzie jeden był z rozbitego B 777. A ten drugi słup dymu był bardzo wyraźnie innego pochodzenia, jest dość prawdopodobne, że był to pożar resztek zestrzelonego myśliwca. Za hipotezą rakiety powietrze – powietrze, a nie ziemia – powietrze przemawia też i fakt, że jest to również samolot malezyjski (co wspomniano powyżej), którego to kraju na początku roku zaginął bez śladu inny samolot. Jak widzimy władze tego państwa niezbyt gorliwie dochodzą prawdy – albo tak udają – i właśnie ich samolot został wybrany nieprzypadkowo, ale świadomie, bo i tym razem nie będzie kłopotliwych pytań, gdyż akcja ta może być również zemstą na Malezji z unieszkodliwieniu zamachu na Pekin. To wszystko wyklucza raczej rakietę naziemną, której obsługa byłaby zdolna do tak dokładnego wyboru celu, bo tam latały też i inne samoloty i łatwo było o pomyłkę. Oczywiście mogło być i tak, że odpalono rakietę z ziemi, aby zrzucić winę na separatystów , ale prawidłowo mógł trafić tylko myśliwiec, bo tylko on wiedział w kogo celować. Sama kwestia rachunku prawdopodobieństwa – dwóch drastycznych „wypadków lotniczych” – tego samego państwa w tym samym okresie wyklucza statystyczną przypadkowość zestrzelenia, a to mocno sugeruje rakietę powietrze – powietrze, gdzie pilot wzrokowo zidentyfikował obiekt.
+++
Na Ukrainie, na obecnym posowieckim terytorium mieszkają różne nacje i kultury, które nie mają ze sobą jakiegokolwiek wspólnego etosu, nawet mimo to, że mieszkają w tym samym mieście lub wsi. Wspólnych płaszczyzn nie ma, ale wzajemnych sprzeczności czy konfliktów interesów jest wiele. I to właśnie dlatego region ten jest przedmiotem troski ośrodków żydowsko – anglosaskich w świecie, gdzie łatwo wprowadzić zasadę dziel i rządź. I jak wspomniano na wstępie, w polskiej histerii ukraińskiej nie chodzi tu o Ukrainę, ale o Rosję, której państwo i kulturowa integralność stoi na przeszkodzie dwom czynnikom: NWO i Izraelowi.
Te dwa czynniki są wszechobecne w Polsce i ta histeria medialna nie jest przypadkowa, a odzwierciedla plany tych ośrodków odnoście posłużenia się Polakami przeciw Rosji. Widać wyraźnie przegrupowanie sił NWO z Bliskiego Wschodu na wschód Europy.
Sam Putin chyba nie zorientował się na czas, że rosyjski sukces w Syrii był niczym innym, jak przerzuceniem tamtego frontu z przedpola Izraela na przedpole Moskwy. Syria dziwnie nagle wygrała z islamistami, którzy nagle zaczęli przegrywać, co zaskakujące, biorąc pod uwagę, że była to wojna na wyczerpanie. Oczywiste jest, że islamiści nie mieli jakichkolwiek ograniczeń, czego nie można powiedzieć o Syryjczykach, którzy nagle odetchnęli odpierając wroga. Zachodzi bardzo uzasadnione podejrzenie, że wszystkie środki, tak sprzętu, jak i ludzkie, zostały przerzucone do Ukrainy, Rumuni i Bułgarii. Od kilku lat było wiadome to, że w krajach okolic Ukrainy pobudowano wielkie bazy, mogące służyć jako ośrodki treningowe i możliwe , że islamiści z Syrii tam teraz właśnie siedzą, czekając na uderzenie na Rosję.
+++
Ukraina jako wspomniana bezpaństwowa mieszanka kultur, o której jednoznacznie negatywnie wypowiedział się Dmowski, nie jest dla Polski partnerem do czegokolwiek. I „polski” entuzjazm w kwestii ukraińskiej powinien być potraktowany tak, jak się traktuje histerie, a nie inaczej. Polska może układać się jedynie z tym, który jest silny i jednoznaczny, a nie z tym, który daje jedynie tło dla rozgrywek obcych, a takim jest Ukraina.
W tym regionie, naszym partnerem do rozmów czy układów jest Putin i Rosja. Silna imperialna Rosja nie jest dla Polski zagrożeniem, ale stabilizatorem całego regionu. Jeżeli ktoś myśli inaczej, to niech porówna obecny stan Polski z koszmarnym niemal PRL-em. Tamta Polska była bardzo zła, ale miała swe miejsce w świecie, a jej zewnętrzne granice były gwarantowane przez ZSRR, pensje były małe, a na mieszkania czekało się pół życia, ale nikt nie spał w śmietniku. Dzisiaj jednak, „Polska” to brak granic, niedożywienie dzieci szkolnych, brak jakiejkolwiek ochrony jednostki ludzkiej przed bezprawiem urzędników państwowych czy zagranicznych koncernów, które zaczynają dyktować Polsce swe prywatne warunki nie tylko ekonomiczne, ale i prawne. To kraj, gdzie wyrzuca się 84-letnią kobietę z mieszkania, zabiera się rodzicom dzieci, gdzie Niemcy podnoszą głowy i wypędzają Polaków z ich gospodarstw, gdzie ograniczono dostęp do opieki zdrowotnej, wódka jest dostępna tak woda w karanie, skomercjalizowano dostęp do nauki i sam poziom wykształcenia zaniżono do niewyobrażalnych granic. Gdzie zadłużanie prywatne i państwowe wymknęło się z pod kontroli, etc., etc… Co tu porównywać z dawnym PRL-em? Toż porównanie z okupacją hitlerowską wypada trafniej. A nawet tam, przy wysiedleniach i zsyłkach, żaden hitlerowiec nie wypędziliby 84-letniej staruszki z jej mieszkania tyko dlatego, że słabo zapoznała się z warunkami „umowy”.
Kwestia ukraińska jest zatem wielką pułapką dla Polski, bo tu chodzi właśnie o Rosję, a nie o Ukrainę i jakiekolwiek włączenie się Polski w żydowską politykę antyrosyjską jest dla nas szkodliwe, bo w skutkach zakończy się końcem Polski bez jakiejkolwiek perspektyw jej odbudowy w przyszłości.
Już w latach 50-tych emigracja polska na Zachodzie, która miała jeszcze swą żywą i aktywną inteligencję, lub w ogóle resztki polskiej inteligencji tylko tam się zachowały, bo żydzi nie mogli jej wymordować, jak to miało miejsce w PRL, nawoływała do ugody z ZSRR lub przewidywała obecny nacisk NWO na Rosje, co zmusiłoby Moskwę do zmiany kierunku polityki sowieckiej na bardziej przyjazną Polsce. Rozumowano, że ZSRR pojmie to, że Polska jest dla Moskwy niezbywalnym buforem polityczno – wojskowym w regionie. Miałoby to sprawić, że władcy na Kremlu szukaliby porozumienia z Polakami.
Nikt wtedy nie spodziewał się tego, że ZSRR się rozpadnie do tego stopnia, jak to widać teraz, ale też nikt nie przewidywał tego, że i Polska będzie w tak strasznym stanie, jak to ma obecnie miejsce. Wiele się zmieniło, wystąpiło wiele innych zmian na gorsze, tak w Rosji, jak i w Polsce.
Jedno jednak nie uległo zmianie – wspólnota interesów Rosji i Polski. Oba kraje czy narody jadą na jednym wózku, są tak samo zagrożone w swej biologicznej egzystencji i mają wspólne interesy oraz wspólnych wrogów. Nawet gospodarki są sobie potrzebne, bo mogą się łatwo uzupełniać. Ogień na Ukrainie czy inne nowe zagrożenia lub prowokacje są i będą ukierunkowane na napuszczenie Polaków na Rosję. Ukraina ma być dla Polski ostatecznym rozwiązaniem, gdzie Polska przepadnie na zawsze.
Bezmiar telewizyjnej histerii w polskich massmediach, ściąganie z urlopów różnych od dawna już odstawionych polityków, porozumienie ponad podziałami, to sceny z obecnej Polski. Kto wie, czy do tej atmosfery powszechnej mobilizacji nie należą również kiedy indziej zwykle nieszczęśliwe wypadki. Ten dość dziwny wypadek lotniczy ze spadochroniarzami i obecna katastrofa autobusu w Niemczech – czy nie są one częścią programu podnoszenia napięcia społecznego, a to celem łatwiejszej manipulacji społeczeństwem? Możliwe, że na tym nie koniec i będzie podłożona jakaś bomba lub nastąpią podobne wydarzenia. W trakcie pisania tego art. nastąpiła dość dziwna katastrofa w autobusu w Niemczech, gdzie kierowca w dość niewyjaśniony sposób – na minuty przed katastrofą – zatrzymał autobus, wysadził pasażerów i gdzieś pojechał pustym autobusem. Nie było go 15-30 minut, a krótko po ponownym załadowaniu paserów wjechał na autostradę , gdzie nastąpiła katastrofa. W niedzielę wieczorem kolejny dziwny wypadek: samochód z wariatem, który w Sopocie taranował przechodniów, a nawet jeździł po sopockim molo. Wypadki się zdarzą, wariaci też, rachunku prawdopodobieństwa okłamać jednak nie można i tu nasuwają się pytania co do tego, czy nie są to wypadki sztucznie zrobione? To wszystko podnosi napięcie społeczne, dzięki czemu można łatwiej sterować masami, które, jak wiadomo, nie kierują się rozumem, a owczym pędem.
Atmosfera jednoczenia się „prawicy” celem gaszenia pożaru stodoły, którą podpalił Tusk, odsiecz kijowska, rakiety Putina skierowane na Warszawę, lada chwila powódź lub niewyjaśniony pożar, kolejny wypadek lotniczy lub kolejowy, wariat z siekierą, który wymorduje dzieci na obozie harcerskim, to wszystko jeszcze przed Polską, a coś z tego lub podobnego niewątpliwie nastąpi. Przyczyną tego nie jest ani pogoda, ani drapieżność wrogów Polski czy ich już szeroko rozpoznany wampiryzm starszych braci Karola Wojtyły. Przyczyną tego wszystkiego jest absolutna pasywność społeczna i brak w Polsce choćby najmniejszej 10 -20 osobowej organizacji, która byłaby i polska, i suwerenna. W Polsce nie ma ani jednej organizacji społecznej, partii, samorządu, czy drużyny harcerskiej, która wypowiedziałaby się w 5 zadaniach w obronie Narodu. Przyczyn tego jest wiele, wojna i Powstanie, Solidarność wpuszczona na boczny tor, zbrodniczość pontyfikatu Jana Pawła II i jego skutki trwale do dziś, członkostwo w EU, gospodarka wolnorynkowa, etc. etc. Na temat tego, co trzeba robić, trudno jest coś uradzić, brak polskiego ruchu jest faktem bezspornym, ale nie można siedzieć z założonym rękami, bo Polacy to jedyny naród w Europie, który jeżeli już ma jakąś reprezentację, to jest ona tylko żydowska.
Jeżeli jednak Polacy w dalszym ciągu nie są zdolni do uformowania nawet najmniejszego ruchu społecznego w Polsce, który byłby zdolny do jakiej suwerennej egzystencji politycznej, to trzeba choćby stwarzać atmosferę preferowania myśli polskiej na niskim szczeblu tj. w pracy, kawiarni czy w rodzinie. Bo od czegoś trzeba zacząć.
Polska ma otwarty front zachodni, który zwerbował kilka milionów Polaków, pracujących przy zlewozmywakach w Niemczech, Anglii czy Skandynawii. Budują oni dobrobyt tamtych państw, a nie siłę Polski. Obecna atmosfera w Polsce niesie w sobie podejrzenie mówiące to, że zaplanowano otworzyć drugi front – front wschodni. Gdzie żydzi wyślą na ten front następne miliony Polaków, którzy jako najemnicy będą umierać w cudzej sprawie, w walce przeciw narodowi, z którym można by żyć w spokoju i dobrobycie. Przy otwarciu frontu wschodniego Polska dalej osłabnie, opustoszeje i będzie w niej zrobione miejsce dla żydów z Izraela i Niemców. Zajmą oni to, co Polacy opuszczą, a przecież siła tych żywiołów jest już teraz w Polsce ogromna i musi być bezwzględnie unicestwiona, o ile my mamy przeżyć.
Odsiecz kijowska będzie końcem Polski i z tego upadku Polska już się nie podniesie. Nie można na to pozwolić. Aby temu zapobiec, trzeba sięgnąć do kontaktów osobistych z Rosjanami, ale nie liberałami czy demokratami, ale Wielkorusami. Bo tylko tam można spotkać oryginalnych i suwerennych Rosjan, a paradoksalnie tylko tacy mogą nam pomóc się odnaleźć jako naród.
Od czegoś trzeba zacząć.
Proście, a będzie wam dane; szukajcie, a znajdziecie; kołaczcie, a otworzą wam (Mt 7,7); Otrzymacie wszystko, o co na modlitwie z wiarą prosić będziecie (Mt 21,22); Czuwajcie i módlcie się, abyście nie ulegli pokusie (Mt 26,41).
(-)Krzysztof Cierpisz
22-VII-2014
+++
submitted by Gazetawarszawska to u/Gazetawarszawska [link] [comments]


2018.05.21 20:15 SoleWanderer BY CZŁOWIEK PRZEŻYŁ - Tygodnik Powszechny o Irenie Sendlerowej

https://www.tygodnikpowszechny.pl/by-czlowiek-przezyl-151422
Jeśli przypadki pomagania Żydom podczas niemieckiej okupacji zamieniamy w zjawisko masowe, a bohaterskie jednostki klonujemy, czyniąc z nich setki tysięcy, nie tylko fałszujemy rzeczywistość – sprzeniewierzamy się pamięci Sprawiedliwych.
To, co tu słyszę, nie bardzo »pasuje« do rzeczywistości tamtych czasów. Albowiem pewne jest, że w okupowanej Warszawie dużo łatwiej było znaleźć miejsce w salonie, gdzie by pod dywanem został ukryty duży czołg, niżby znalazło się miejsce dla jednego małego dziecka żydowskiego. Irena Sendlerowa
Podczas okupacji niemieckiej na ziemiach polskich trwał prawdziwy festiwal. Albo jeszcze lepiej: igrzyska. Oprócz skoków narciarskich i piłki nożnej, ulubioną dyscypliną Polaków stało się wówczas ratowanie Żydów. Sport ten uprawiali masowo, odnosząc gigantyczne sukcesy i to mimo niesprzyjających warunków atmosferycznych oraz kłopotów ze sprzętem.
Że tak się pisać nie godzi? Że nie można robić sobie żartów tam, gdzie chodziło o ludzkie życie – nie tylko o życie ocalałego, ale i ocalającego?
A czym, jeśli nie robieniem sobie żartów była wypowiedź premiera Mateusza Morawieckiego w sejmowym exposé o „setkach tysięcy Polaków, którzy ratowali Żydów w czasie drugiej Apokalipsy”? A czym, jeśli nie robieniem sobie żartów, była konferencja „Pamięć i Nadzieja”, zorganizowana we wzniesionym przez o. Tadeusza Rydzyka sanktuarium Najświętszej Maryi Panny Gwiazdy Nowej Ewangelizacji i św. Jana Pawła II, z udziałem ówczesnej pani premier i obecnego premiera, ministrów i marszałków, z listami od prezydenta i prezesa PiS, który zechciał przy okazji wspomnieć o kwestii „wieloletniego hołdowania przez polski establishment pedagogice wstydu i wynikającego z niej prowadzenia polityki – by tak rzec – antyhistorycznej”? Czym, jeśli nie żartem, było zdanie wygłoszone wówczas przez Beatę Szydło, że „Żydzi i Polacy wspólnie mieszkali w Polsce, budowali polskie państwo, współpracowali, byli sąsiadami – żyło się im dobrze; pewnie mieli swoje kłopoty, problemy – jak to zawsze”.
Naprawdę, mieli tylko „swoje kłopoty”?
Wybili, panie Ach tak, oczywiście, to nie żarty, tylko polityka. Powinniśmy się już przyzwyczaić, że w polityce rzadko chodzi o prawdę. Że pamięć o przeszłości bywa w niej użytecznym narzędziem. Że próba przedstawienia Polski jako kraju, który najbardziej ze wszystkich ucierpiał w czasie II wojny światowej, może być zwyczajnie opłacalna: w czasach, gdy Europa przygląda się z niepokojem próbom ograniczania niezależności naszego sądownictwa czy mediów, można wobec niej użyć moralnego szantażu w stylu Mrożkowej „Monizy Clavier” („A przecież chciałem tylko uprzytomnić im w sposób jasny i przystępny, niejako poglądowy, cierpienia mojego narodu – czytamy w opowiadaniu, wierzyć się nie chce, z 1967 r. – To, że najwidoczniej nie doceniali martyrologii, bardzo mnie rozgniewało”). Nie przypadkiem chyba tak często w ostatnich miesiącach politycy PiS szermują wypowiedziami o niemieckich zbrodniach na terenach Polski i podnoszą kwestie reparacji.
Na marginesie można by zauważyć, że Jarosław Kaczyński i jego podwładni nie są bynajmniej pionierami w kwestii upominania się o domniemane krzywdy na polu stosunków polsko-żydowskich. O „żydowskiej niewdzięczności i polskim miłosierdziu”, by użyć frazy Michała Głowińskiego, mówiono wiele w Marcu ’68. Już w inaugurującym kampanię antysemicką przemówieniu z czerwca 1967 r. Gomułka przypominał, że wśród Żydów „uratowali się tylko ci, których Polacy z narażeniem własnego życia przechowywali”. W przedstawianie „prawdziwej historii naszych heroicznych zmagań” włączał się ­ZBOWiD i stojący na jego czele Mieczysław Moczar. Chętnie wydawany w ­PRL-u Władysław Smólski we wstępie do opublikowanej w 1981 r. książki „Za to groziła śmierć” pisał, że liczba miliona ratujących „nie będzie przesadna”. Można by właściwie odetchnąć z ulgą, że premier Morawiecki nie próbował go przebić.
Można by, gdyby nie fakt, że cudowne rozmnażanie Polaków ratujących Żydów w czasie II wojny światowej oznacza obrazę pamięci ludzi naprawdę bohaterskich i słusznie nazywanych Sprawiedliwymi wśród Narodów Świata. Ludzi, których sprawiedliwość i bohaterstwo zrozumie się w pełni nie tylko powtarzając jak mantrę, że za to, czego się podjęli, groziła z rąk niemieckiego okupanta kara śmierci, ale także pokazując kontekst, w jakim przyszło im dokonywać wyboru.
Kontekst bierności, obojętności czy wręcz wrogości otoczenia. Strachu nie tylko przed karą ze strony okupanta, lecz także przed zdradą sąsiada.
Kłopotliwe ikony Jednym z licznych paradoksów tej historii jest ten, że symbole polskiej szlachetności i pomocy dla Żydów kiepsko nadają się na PiS-owskie sztandary.
Zostawmy już na boku Władysława Bartoszewskiego, którego zasługi, jako członka Żegoty i współautora pierwszej książki zbierającej świadectwa o Sprawiedliwych pt. „Ten jest z ojczyzny mojej…”, zostały dawno przesłonięte przez polityczne zaangażowania w ostatnim okresie życia. Nie mówiąc o jego pamiętnym zdaniu z wywiadu dla „Die Welt”, że bardziej niż Niemca w czasie wojny obawiał się polskiego sąsiada, jeśli ten zauważył więcej niż zwykle kupionego chleba.
Czytaj także: Jacek Leociak o "naszych sprawiedliwych": Historia Zagłady to nie czytanka
Nie kto inny, jak Jan Karski – legendarny kurier AK niosący światu wieści o dokonującej się na ziemiach polskich Zagładzie – pisał w raportach z okupowanego kraju, że (cytuję wersję nieocenzurowaną): „»Rozwiązanie kwestii żydowskiej przez Niemców« – muszę to stwierdzić z całym poczuciem odpowiedzialności za to, co mówię – jest poważnym i dosyć niebezpiecznym narzędziem w rękach Niemców do »moralnego pacyfikowania« szerokich warstw społeczeństwa polskiego”, oraz że ta kwestia jest czymś w rodzaju „wąskiej kładki, na której przecież spotykają się z g o d n i e Niemcy i duża część polskiego społeczeństwa”. Albo że stosunek Polaków do Żydów jest „przeważnie bezwzględny, często bezlitosny. Korzystają w dużej części z uprawnień, jakie nowa sytuacja im daje. Wykorzystują wielokroć te uprawnienia – często nadużywają je nawet. Zbliża ich to w pewnym stopniu do Niemców”.
Także Irena Sendlerowa, bohaterka wydanej w 2017 r. biografii Anny Bikont, na ikonę dzisiejszej polityki historycznej nadaje się tak sobie. Przedwojenna, można by powiedzieć, feministka, pracując w poradni prawnej Sekcji Pomocy Matce i Dziecku przy Obywatelskim Komitecie Pomocy Bezrobotnym pomagała – także w kwestiach związanych z edukacją seksualną i zabezpieczenia przed kolejną ciążą – matkom nieślubnych dzieci i prostytutkom. Opinią „komunistki-filosemitki” cieszyła się już na studiach, a odwiedzając próbujące do końca żyć godnie getto, uczestniczyła w zorganizowanych tam konspiracyjnie, w prywatnym mieszkaniu, obchodach rocznicy rewolucji październikowej, gdzie recytowało się Broniewskiego i wykonywało „Etiudę rewolucyjną” Chopina. Po wojnie przez kilka dekad należała do PZPR, pracowała nawet w Wydziale Socjalno-Zawodowym Komitetu Centralnego tej partii; można by zapytać, czy nie podlega aby ustawie dekomunizacyjnej?
Sendlerowa, z Kościołem bynajmniej niezwiązana, dwukrotnie zamężna – w przypadku drugiego małżeństwa, w czasach PRL ukrywała fakt, że jej mąż i ojciec jej dzieci był Żydem, a jedno z nich poczęło się przed rozwodem z pierwszym małżonkiem, który wojnę spędził w oflagu. I nie było to jedyne przemilczenie, nieścisłość czy koloryzowanie opowieści o własnym życiu przez kierowniczkę referatu dziecięcego podziemnej Rady Pomocy Żydom – Anna Bikont tyleż starannie, co z niezwykłą empatią rekonstruuje biografię swojej bohaterki, podważając np. wiarygodność jej przepięknego skądinąd opisu Korczaka prowadzącego dzieci na Umschlagplatz, albo wielokrotnie powtarzaną historię, że po Marcu ’68 córka i syn Sendlerowej nie dostali się na studia ze względu na jej okupacyjne zaangażowanie w pomoc Żydom.
W ukryciu Co w tym ważniejsze (i co nie umniejsza odkryć biograficznych Anny Bikont) – książka o Irenie Sendlerowej, tym polskim symbolu Sprawiedliwych, symbolu pomocy Polskiego Państwa Podziemnego dla ofiar Zagłady, jest w gruncie rzeczy opowieścią o straszliwej samotności. Samotności zarówno samej Sendlerowej, jak grupy dzielnych kobiet i mężczyzn, z którymi ratowała żydowskie dzieci.
Czytaj także: Michał Okoński o "naszej winie, naszej wielkości", 30 lat po publikacji przez "TP" "Biednych Polaków patrzących na getto" Jana Błońskiego
„Muszę stwierdzić, że uzyskiwaliśmy pomoc jedynie pod pretekstem akcji patriotyczno-polskiej – wspominała bohaterka książki Bikont. – Nauczeni doświadczeniem, nie ujawnialiśmy, że dzieci są żydowskie, podawaliśmy jedynie, że są to dzieci polskie po działaczach niepodległościowych”. Przytaczała też słowa jednego ze spotykanych podczas okupacji znajomych: „Sendlerowa, takich jak wy to po wojnie my będziemy wieszać na latarni pod Ratuszem”. Albo otrzymywane już po 1945 r. anonimy, np.: „Ty Żydówico, wynoś się jak najprędzej do Palestyny, bo jak nie wyjedziesz, to ci zabijemy twoje ukochane dzieci”.
„Sendlerowa nie jest symbolem bohaterstwa narodu polskiego, [ona] była w swoim bohaterstwie przeciwko swemu narodowi” – podsumowuje lapidarnie Bikont. Dużo mocniej wyrażają to jej ocalałe rozmówczynie.
„Sendlerowa ratowała mnie z rąk ­innych Polaków. Ona sama była przerażona Polakami” – to słowa Renaty Skotnickiej-Zajdman, skądinąd po wojnie zaangażowanej w dialog polsko-żydowski w Kanadzie. W jej świadectwie o życiu w kryjówce nie zabraknie opowieści na temat gwałtów, których dopuszczali się przychodzący do wsi, jak mówiła, „partyzanci” („Ten mój był kuzynem gospodarzy i zachodził do nich często. Jak pierwszy raz poszedł za mną do stodoły, chciałam krzyczeć, a on: »Cicho siedź, Rebeka«”). Albo o dialogu z pociągu, toczonym bez skrępowania obecnością współpasażerów: „Kupiłam Żyda, a ten skurwysyn nie miał nawet złotego zęba”. „Następnym razem weź Żydowicę młodą, one w piździe mają złoto”.
Pytanie, jakie Skotnicka-Zajdman zadaje Annie Bikont, brzmi: co by było, gdyby zgłosiły się do niej dzieci gwałciciela, że chcą dla ojca medal Sprawiedliwego wśród Narodów Świata. „Uratował mi życie. Powiedz, co ty myślisz? Że mam mu być wdzięczna?”.
Awers i rewers To jeden z kontekstów toruńskiej konferencji o. Rydzyka i exposé premiera Morawieckiego. Jeden, bo w niemalowanej historii polskiego pomagania jest ich dużo więcej. Choćby ukrywanie Żydów za ­pieniądze: czy ów dość szeroko ­rozpowszechniony „przemysł pomocy”, jak określił go historyk Holokaustu Jan Grabowski, powinien podpadać pod kategorię „ratowania”? Jakiekolwiek byłyby motywy człowieka decydującego się dać ściganym schronienie, rzeczywiście ryzykował on własnym życiem – i jeśli wywiązał się z umowy, ich życie ratował. Zresztą: kogo było stać na karmienie ludzi miesiącami na własny koszt, bez kartek, gdy żywność trzeba było kupować na czarnym rynku?
Inny kontekst: skomplikowanie psychologicznej relacji między ratującym i ratowanym. W roczniku „Zagłada Żydów” z 2008 r. Barbara Engelking opisywała jej powikłanie na przykładzie prowadzonego w ukryciu dziennika Feli Fischbein, ukrywanej przez Katarzynę Dunajewską we wsi Wola Komborska: wielomiesięczne uzależnienie od osoby udzielającej pomocy doprowadziło tam do powstania straszliwego resentymentu. „Zupełnie zdani jesteśmy na nich, tylko co oni zechcą, to z nami zrobią. A boimy się ich, naprawdę mówiąc” – pisała Fischbein. I podsumowała: „Gospodarz chce duszę, gospodyni chce dom nasz, córka starsza nie miesza się, nie chce nas, nie chce naszych pieniędzy, młodsza chce rękawiczki (za to gotowa nas wydać), a syn szalenie lubi nasze pieniądze, a nas nienawidzi serdecznie”.
Oczywiście – zwraca uwagę kilka stron dalej tego samego numeru „Zagłady Żydów” Joanna Tokarska-Bakir i jest to kolejny kontekst opowieści o ratowaniu – „żydowska niewdzięczność” nie jest do końca zmyśleniem. Stanowi raczej rewers polskiej opowieści, przedstawiającej wyłącznie rycerskich i szlachetnych supermenów. „Żydzi, których pamięć wypełniona jest bólem po Zagładzie, w odruchu krzywdy zdają się w ogóle zaprzeczać istnieniu Sprawiedliwych” – zauważa Tokarska-Bakir, ale jej tekst pełen jest również relacji o strachu tych, którzy decydowali się na ukrywanie Żydów; strachu, że dowiedzą się o tym sąsiedzi. Strachu trwającym jeszcze przez lata powojenne.
Powiedzmy i to: nawet rodzina Ulmów z Markowej, której w ostatnich latach nasze państwo – jakże słusznie – oddaje honory, zginęła na skutek donosu polskiego policjanta. Przypomnijmy też, że Irena Sendlerowa była w czasie okupacji aresztowana na podstawie donosu sąsiadki (trzymana na Pawiaku, została w końcu wypuszczona podczas drogi na rozstrzelanie, dzięki łapówce zapłaconej przez podziemie). I że kilka miesięcy później znalazła się na liście proskrypcyjnej sporządzonej przez Referat Żydowsko-Komunistyczny Centrali Służby Wywiadowczej Narodowych Sił Zbrojnych. Pod koniec lat 50. rozważała nawet emigrację do Izraela, prosząc jedną z uratowanych przez siebie osób o sprawdzenie, czy mogłaby się tam urządzić, „ponieważ jej dzieci są Żydami, a ona ma kłopoty od sąsiadów”.
Na szali Ilu było ratujących? Z pewnością nie setki tysięcy – jeśli już, to bardziej na miejscu byłaby fraza „dziesiątki tysięcy”.
Są tacy, którzy próbują to policzyć. Są tacy, którzy zwracają uwagę na fałszywość założenia, że w ratowanie jednej osoby musiało być zaangażowanych kilkanaście osób (bywało odwrotnie – kilkanaście osób ratowało się dzięki jednej; na prowincji – jak szacowała niegdyś Zuzanna Schnepf-Kołacz, współautorka książki „Zarys krajobrazu”, wydanej przez Centrum Badań nad Zagładą Żydów – na dziesięciu Sprawiedliwych przypadało dwunastu ocalałych). W sumie na terenach polskich Zagładę przeżyło kilkadziesiąt tysięcy Żydów; wielu zginęło mimo udzielanej im pomocy. Czy kilkadziesiąt tysięcy to dużo? Mało? Czy w ogóle godzi się zadawać takie pytania, zwłaszcza w kontekście liczby tych, którzy nie przeżyli?
Czytaj także: Michał Okoński o "pomocnikach śmierci" - Polakach polujących na Żydów w czasie II wojny światowej
Mieszkam od niedawna w Niepołomicach. Na tutejszym cmentarzu żydowskim znajduję tabliczkę: „Kochani rodacy, tu spoczywa pierwszy rabin w Niepołomicach, ok. 58 lat, ś.p. Josef Tetelbaum. B. proszę szanować ten grób – wdzięczny Eliasz Richter, Jesodot, Jisrael, jedyny z rodziny pozostały z Zagłady Hitlera”. Zdanie „b. proszę szanować ten grób” czytam też jako apel o powściągliwość w strzelaniu do siebie statystykami.
Pytania bez odpowiedzi Lepiej opowiadać pojedyncze, ludzkie historie – zwłaszcza tak, jak robi to Anna Bikont. Nie pomijając kwestii najtrudniejszych. „Dlaczego nie kochali mnie tak, żeby chcieć ze mną umrzeć?” – pyta autorkę „My z Jedwabnego” Margarita Turkow o swoich rodziców, którzy w trakcie likwidacji warszawskiego getta zdołali odesłać ją na aryjską stronę właśnie dzięki pomocy Ireny Sendlerowej. Ukrywana przez polską i chrześcijańską rodzinę dziewczynka była bita, poniżana i molestowana. Czy w świecie operującym pojęciami „pedagogika wstydu” i „polityka – by tak rzec – anty­historyczna” można znaleźć odpowiedź na jej pytanie?
Jasne: była wojna. Życie ludzkie staniało. Demoralizacja była gigantyczna. Walka o przetrwanie miała wymiar dosłowny, także materialny. Trzeba też pamiętać, że antysemityzm był w ostatnich latach II Rzeczypospolitej ideologią niemal państwową, antyjudaizm zaś – kościelną. Nas, dziś żyjących, nie sprawdzono. Nie wiemy, jak byśmy się w podobnych okolicznościach zachowali. Marek Edelman zauważał, że aby przetrwać, Żyd musiał mieć pieniądze, „dobry” wygląd i znajomych po aryjskiej stronie. Samo słowo „pomaganie” również brzmi sucho – nie oddaje istoty rzeczy. Szaleńczej odwagi. Uczciwości. Miłości bliźniego. Altruizmu. Poświęcenia.
„Jaka siła sprawiła, że chociaż w tej samej wsi spłonęło gospodarstwo razem ze znalezionymi tam Żydami i ukrywającą ich rodziną chłopską, Pagosowie zdecydowali się dalej przechowywać braci Weitów? – zastanawia się Jacek Leociak w książce „Pomaganie”, opisując historię ze wsi Gruszów pod Dąbrową Tarnowską. – Abram po latach relacjonował: »Stanisław się wtedy załamał, ale nie powiedział, żebyśmy poszli. ‘Moje życie jest związane z waszym życiem’ – rzekł i nic więcej«”.
W płomieniu Tym bardziej trzeba mówić i pisać ostrożnie. Tym bardziej trzeba oddawać sprawiedliwość takim ludziom jak niepiśmienna Marianna Barańska ze wsi Sabinów. „Podczas okupacji przechowywałam u siebie Żyda Łaska Oszera prawie trzy lata – relacjonowała po wojnie. – Przed tym go nie znałam. Zrobiłam to dlatego, by człowiek przeżył. Prócz tego przebywał u mnie Majerholc rok czasu. Pieniędzy u nich nie brałam. Chciałam ludzi ratować, życie jest drogie”.
Innymi słowy: heroizm nie jest normą społeczną i nie wyznacza powszechnie obowiązujących standardów zachowania. Jest, jak przypomina Leociak, „odstępstwem od normy” i przeciwstawieniem się instynktowi samozachowawczemu w imię wartości wyższych niż zachowanie własnego życia. Jeśli zamienimy opowieść o pomaganiu w zjawisko masowe, a bohaterskie jednostki sklonujemy, nie tylko zafałszujemy rzeczywistość: pogrążymy Sprawiedliwych w odmętach banału. „Naturalnym odruchem każdego z nas jest cofnięcie ręki, kiedy znajdzie się w pobliżu płomienia – pisze autor „Pomagania”. – Ci, którzy odważyli się pomagać Żydom, narażając życie swoje i bliskich, potrafili trzymać rękę w płomieniu i nie cofać jej”.
To perspektywa moralisty. Może ją, niestety, uzupełnić obserwacja historyka.
Kiedy w 1942 r. w Delegaturze Rządu na Kraj trwały rozmowy o stworzeniu organizacji pomocy Żydom, reprezentanci Stronnictwa Narodowego byli przeciwni i sprawa się przeciągała. Decyzja o uruchomieniu – niewystarczających, rzecz jasna – pieniędzy (5 proc. całego budżetu opieki społecznej Państwa Podziemnego) i utworzeniu Komitetu Pomocy Społecznej dla Ludności Żydowskiej zapadła dopiero 27 września 1942 r., trzy lata po wybuchu wojny i kilka dni po zakończeniu „Grossaktion Warschau”. „Większość polskich Żydów już wtedy nie żyła – pisze Anna Bikont. – Zginęli rozstrzelani w czasie likwidacji gett albo zagazowani w obozach śmierci”.
Prawdziwy pomnik Tak, Irena Sendlerowa jest bohaterką. Jedną z największych, jakie Polska wydała w XX wieku. Ze wszystkim, co o niej wiemy.
Ze społecznikowsko-lewicowym zaangażowaniem, demonstrowanym przecież nie tylko w czasie niemieckiej okupacji, ale także przed i po wojnie. Z bezgraniczną odwagą i fantastycznym zorganizowaniem zarazem – bo przecież trzeba dodać, że większość uratowanych dzięki niej żydowskich dzieci nie widziała jej na oczy, a ona sama zajmowała się głównie logistyką operacji wyprowadzania ich z getta i organizowania bezpiecznych kryjówek. Z bezlitośnie trzeźwą obserwacją, że swoją popularność w ostatniej dekadzie życia (zmarła w 2008 r., damą Orderu Orła Białego została 5 lat wcześniej) zawdzięczała temu, że „po Jedwabnem potrzebny był bohater” („Jestem narodowym alibi” – pisała w jednym z listów). Ze wspomnianymi już zmyśleniami i koloryzowaniem okupacyjnych historii (z pełnym przekonaniem powtarzała np., że uratowała 2,5 tys. dzieci – Bikont udowadnia, że ta liczba też jest potężnie zawyżona). W końcu: z ceną, jaką zapłaciła w swoim życiu osobistym.
„Irena mówiła, że się rozwodzą, potem się schodzą, potem znów rozwodzą, i tak to trwało” – powie jedna z jej przyjaciółek Annie Bikont. W końcu mąż, ten drugi, wyprowadzi się, a ona wróci do pierwszego, z którym po latach kolejny raz się rozwiedzie (jego syna zaś odda w międzyczasie do domu dziecka). Własne dzieci matki w zasadzie nie widywały. „Swoje uczucia, swój czas oddawała innym, a ze mną i z bratem uprawiała pedagogikę telefoniczną: kontrola zjedzonego posiłku, odrobionych lekcji. Kiedy szłam do pierwszej klasy, ani mama, ani ojciec nie mieli dla mnie czasu, odprowadziła mnie przyjaciółka mamy” – opowiada córka Ireny Sendlerowej autorce jej biografii. Puentując jeszcze mocniej: „Niezwyczajność mojej mamy polega na tym, że wszystkie dzieci miały mamę, a ja mamy nie miałam”. Sama napisze zresztą o tym, robiąc pod koniec życia rachunek sumienia: „Oni nigdy mnie np. dziś nie pocałują, bo mówią: »Teraz chcesz nas całować – a gdzie byłaś?? jak myśmy byli mali i czekaliśmy na Twe pocałunki??«”.
Na okładce książki Anny Bikont, ze zrobionego w 1943 r. zdjęcia Irena Sendlerowa spogląda jednym okiem – drugie jest poza kadrem. Jakby chciała powiedzieć, że patrzymy na historię w sposób ograniczony. Że, choć trzeba próbować, nigdy nie da się jej w pełni zobaczyć, zrozumieć i opowiedzieć.
Naprawdę, lepiej nie zamieniać jej w polityczny oręż.©℗
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2017.12.17 17:51 ben13022 Byliśmy w Luwrze Abu Zabi. Wielkie muzeum między pustynią a zatoką kosztowało miliardy dolarów.

Chwilę wcześniej błądziłem w labiryncie piramidy i przyglądałem się zwyczajom pogrzebowym starożytnego Egiptu. Za kilkadziesiąt minut, kilka sal dalej, obejrzę powstałe w pierwszej połowie XVII wieku w Japonii obrazy pokazujące przybycie kupców portugalskich. Sprawdzę też, jak wyobrażali sobie wizerunek Buddy mieszkańcy Chin i Indii (w VI wieku n.e.), a także Kambodży (w połowie wieku XII).
Niektóre z tych prac widziałem wcześniej w Paryżu i Nowym Jorku. Część z nich przybyła tu z azjatyckich muzeów, jeszcze inne opuściły placówki w krajach arabskich. Po raz pierwszy wszystkie spotkały się właśnie teraz nad Zatoką Perską, w miejscu, które swoją nazwę wypożyczyło z Europy. Oto Luwr Abu Zabi!
Na Wyspie Szczęścia Manarat al-Saadiyat ma być największym centrum kultury, edukacji i rozrywki na Bliskim Wschodzie. Taką decyzję podjęły przed laty władze Zjednoczonych Emiratów Arabskich, jednego z najbogatszych państw w regionie. Na Wyspie Szczęścia położonej nieopodal centrum Abu Zabi, stolicy federacji, powstaną rezydencje, kina, centra kultury oraz muzea. Projekt miał być ukończony w 2020 roku – wtedy kiedy Dubaj, stolica sąsiedniego emiratu, będzie gospodarzem światowej wystawy Expo. Ukończony nie zostanie, bo większości prac nawet jeszcze nie rozpoczęto, ale już dziś Wyspę Szczęścia tłumnie odwiedzają turyści z całego świata. 11 listopada z wielką pompą i pięcioletnim opóźnieniem otwarto w stolicy ZEA pierwsze z planowanych muzeów – Luwr Abu Zabi. W najbliższych latach powstaną kolejne, między innymi Guggenheim Abu Zabi oraz Muzeum Narodowe im. Szejka Zayeda, który 46 lat temu zjednoczył emiraty.
Luwr widać z daleka, z mostu, który łączy centrum emirackiej stolicy z zachodnią częścią wyspy. Jest dziełem jednego z najważniejszych współczesnych architektów, Francuza Jeana Nouvela, który chciał, by budynek przypominał namiot beduinów. Pod wielką, składającą się z ośmiu warstw i 800 tys. elementów, przepuszczającą promienie słoneczne kopułą znajduje się 55 budynków, w tym 23 galerie. Z trzech stron muzeum otoczone jest wodami Zatoki Perskiej (w ZEA i innych krajach regionu nazywanej Arabską), dlatego można do niego również... wpłynąć. By sól morska nie doprowadziła do szybkiej korozji materiałów, z których zbudowano muzeum, woda bezpośrednio otaczająca budynek jest filtrowana, powstała też tama uruchamiana zawsze, gdy jachty chcą zacumować przy budynku.
Ale zniszczeń wywołanych przez naturę uniknąć się nie da. – Piasek jest bardzo agresywnym środowiskiem, a wiatr lub opary i tak będą tu przynosić sól, która może niszczyć poszczególne elementy konstrukcji – mówi Tomasz Wieczorek, polski architekt, który pracował przy budowie Luwru Abu Zabi. – Firma, która zdobyła kontrakt na czyszczenie kopuły i znajdujących się bezpośrednio nad Zatoką Perską części muzeum, będzie miała zajęcie na długie lata.
Stworzenie nowego Luwru między pustynią a zatoką musiało kosztować miliardy. Oficjalnych sum nigdy raczej nie poznamy, ale samo prawo do używania nazwy oraz wypożyczania dzieł z kolekcji różnych francuskich placówek przez 30 lat (nie tylko z Luwru, ale też między innymi z Centrum Pompidou, Biblioteki Narodowej czy Musée d’Orsay) kosztowało ponad miliard dolarów.
Dziś, gdy muzeum dopiero otwarto, przywiezione z Francji obiekty stanowią połowę zaprezentowanej ekspozycji. Liczba ta będzie maleć do chwili, gdy emiracki Luwr zbuduje własną kolekcję. Teraz liczy ona już ponad 200 obiektów, wśród nich kilkanaście stworzonych specjalnie na zamówienie – między innymi dwie prace Amerykanki Jenny Holzer, która w wielkim hallu muzeum pokazuje marmurowy relief z odtworzonym przez nią pismem klinowym z Mezopotamii, a w jednej z bocznych otwartych przestrzeni wykonany tą samą techniką w wapieniu zbiór tekstów XVIII-wiecznych, w tym fragment „Esejów” Michela de Montaigne’a.
Najnowszym elementem powstającej kolekcji (najpewniej na prawach stałego wypożyczenia) jest kupiony przez saudyjskiego następcę tronu za 450 milionów dolarów na aukcji w Nowym Jorku „Zbawiciel Świata” Leonarda da Vinci. „Salvator Mundi”, jedyne dzieło renesansowego mistrza pozostające w rękach prywatnych, być może pokazywany będzie w Abu Zabi w miejscu, gdzie w tej chwili eksponowany jest inny jego obraz, „La belle ferronniere”, który w 2018 roku wróci do Paryża.
Powstanie muzeum od lat budziło ogromne kontrowersje. Największe z nich związane były z traktowaniem robotników zatrudnionych na placu budowy, mieszkańcami państw Azji Południowej – między innymi Indii, Pakistanu, Bangladeszu i Sri Lanki. Za pracę wykonywaną w bardzo ciężkich warunkach, często w ponadczterdziestostopniowym upale, otrzymywać mogli około 2 tys. dirhamów (niecałe 2 tys. zł) – tyle wynosi w ZEA średnia pensja robotnika fizycznego. Gdy budowano muzeum, butelka wody kosztowała 2 dirhamy, chleb – około 5, podobnie paczka ryżu. Większość zarobionych pieniędzy robotnicy wysyłali do rodzinnych wiosek, by zapewnić utrzymanie całym rodzinom, które wcześniej składały się na bilet i wyrobienie dokumentów niezbędnych do podjęcia pracy w ZEA.
Przeciwko pracy w fatalnych warunkach, przez wielu nazywanych niewolniczą, protestowali artyści i organizacje praw człowieka. Ale architekt Jean Nouvel, laureat prestiżowej Nagrody Pritzkera (architektonicznego Oscara), mówił dziennikarzom w dniu otwarcia muzeum: – Przed rozpoczęciem pracy przyjrzeliśmy się miejscu i warunkom, w których żyją robotnicy. Wydaje mi się, że były lepsze od tych, które zapewnia się im w wielu innych krajach, także europejskich.
Władze Emiratów uznały jednak, że warunków, w których pracowali robotnicy, nie pokażą światu. W ciągu kilku ostatnich lat działacze na rzecz praw człowieka, którzy domagali się poprawy sytuacji osób zatrudnionych na budowie, byli wydalani z kraju.
To nie koniec kłopotów. W ostatnich dniach zainteresowanie pokazywanymi w Abu Zabi pracami wyraził rząd Iraku. Jak podała ukazująca się w Londynie gazeta „Al-Araby”, w Bagdadzie powołano rządową komisję, która ma zbadać, czy niektóre dzieła kultury babilońskiej, asyryjskiej, akadyjskiej i otomańskiej, które trafiły do emirackiego Luwru, nie są dziełami sztuki skradzionymi w czasie inwazji wojsk amerykańskich na Irak w roku 2003. A jeden z członków tamtejszego parlamentu zapowiedział, że jeśli okaże się, iż którykolwiek z obiektów należał do narodowych zbiorów, rząd premiera Hajdara al-Abadiego będzie się domagał od władz w Abu Zabi jego zwrotu.
Trzeba jednak uczciwie przyznać, że Luwr Abu Zabi robi wrażenie, i to nie tylko jako dzieło współczesnej architektury. W Zjednoczonych Emiratach Arabskich, państwie istniejącym niecałe pół wieku, gdzie na wszystkich możliwych poziomach i płaszczyznach cywilizacja wschodnia spotyka się z zachodnią, twórcy muzeum zaprezentowali wystawę opartą na pomyśle prostym i czytelnym dla każdego. W kolejnych galeriach ułożonych chronologicznie i tematycznie zestawili ze sobą obiekty z całego świata będące wytworem bardzo odległych od siebie cywilizacji.
Dostrzegam to od razu po wejściu do Wielkiego Westybulu wprowadzającego do całej ekspozycji. Na iPadzie, który otrzymuje w szatni każdy zwiedzający, czytam: „Oto wrota do galerii Luwr Abu Zabi. (...) W dziewięciu znajdujących się pośrodku gablotach prezentowane są przedmioty z odległych części świata, które łączy ogromne podobieństwo. Zestawiając je ze sobą w Wielkim Westybulu, zachęcamy zwiedzających, by zastanowili się nad tym, co stanowi treść prezentacji Luwru Abu Zabi: w jakim stopniu uniwersalność obejmuje ludzką egzystencję”.
Uwagę zwracają w pierwszej kolejności trzy piękne, wykonane ze złota i ustawione w dużej gablocie na szklanych stolikach starożytne maski pogrzebowe – z południowych Chin, Lewantu i Peru. Tuż obok, podobnie wyeksponowane, stoją trzy dzbanki do serwowania herbaty, każdy z nich pozłacany i bogato zdobiony. Pochodzą z Turcji, Indii i – najpiękniejszy, porcelanowy – z Chin.
Jest też coś dla miłośników kaligrafii – w jednej z gablot umieszczono obok siebie przybory do pisania ze starożytnego Egiptu (1550-1050 p.n.e.), pięknie zdobiony podobiznami planet piórnik wykonany w Turcji w pierwszej połowie XIII wieku oraz piórnik, w którym można było poza przyborami przechowywać także karteczki z wierszami – to dzieło japońskich mistrzów z końca XIX wieku. I wreszcie – gablota poświęcona macierzyństwu i sposobowi jego ukazywania w różnych kulturach na przestrzeni dziejów. Widzom pokazano trzy statuetki – wykonanej z brązu egipskiej bogini płodności Izydy karmiącej swojego syna Horusa (800-400 p.n.e.), wyrzeźbionej we Francji w kości słoniowej Maryi z Dzieciątkiem (XIV wiek) oraz pochodzącej z Konga drewnianej figurki matki i dziecka.
Rozglądam się dookoła i widzę zachwycone twarze zwiedzających – prosty zabieg wskazania połączeń między bardzo odrębnymi i odległymi od siebie kulturami naprawdę działa. Ekspozycja w Abu Zabi jest zapisem rozwoju człowieka bez względu na rasę czy wyznawane religie. Oto w państwie, które nie jest liberalną demokracją, udało się stworzyć wystawę, która uczy tolerancji oraz poszanowania odrębności.
Witajcie w wieży Babel Dowody na potwierdzenie tej tezy znajduję wielokrotnie w czasie blisko sześciogodzinnego spaceru po emirackim Luwrze. Bo właśnie tyle czasu potrzeba, by na spokojnie przyjrzeć się wszystkim obiektom prezentowanym w 12 galeriach, muzeum dla dzieci i wielkim hallu otwartym na wody Zatoki Perskiej.
W Luwrze Abu Zabi znaleźć można wszystko i wszystkich, nawet dekorowany dzban i miskę wykonane ze srebra przez – jak się przypuszcza – Reinholta von der Rennena ponad 400 lat temu na terenie dzisiejszego Gdańska. Duże wrażenie robi zestawienie w dziesiątej galerii muzeum sztuki państw kolonialnych i skolonizowanych. Naprzeciw olejnego obrazu Lionela Waldena pokazującego przemysłowe doki miasta Cardiff umieszczono największe osiągnięcia sztuki końca XVIII i początku XIX w. z Gabonu i Wybrzeża Kości Słoniowej. To drewniane statuetki strażników... Muzeum zadbało też o to, by zwiedzający mogli obejrzeć prace najważniejszych artystów XX wieku. Są tu wszystkie najważniejsze nazwiska: Kandinsky, Mondrian, Rothko, Warhol, Pollock, Miró, Picasso czy Matisse. Towarzyszą im tworzący w tym samym czasie artyści kubańscy i alascy, których nie spotyka się w najważniejszych muzeach świata.
Są wreszcie współcześni artyści arabscy, dopiero odkrywani przez kuratorów. Jak saudyjska artystka Maha Malluh, która w Abu Zabi pokazuje „Food For Thought”, przyczepione do ściany jedenaście przypalonych garnków. Przez lata gotowano w nich gulasz z koziego mięsa. Obok niej artysta wizualny Abdullah al-Saadi. Jego praca „Nagi słodki ziemniak” składa się z czterech obiektów przypominających wyjęte z popiołu warzywa oraz filmu, na którym twórca chowa lub wyjmuje je z ziemi. Al-Saadi, który ziemniakami, ich żeńskimi i męskimi formami, zajmuje się od kilkunastu lat, uznawany jest za narodowy skarb Emiratów.
W ostatniej części muzeum największe wrażenie robi jednak pokazywana na jej środku „Fontanna światła”, dzieło chińskiego artysty Ai Weiweia pokazywane w warszawskiej Zachęcie wiosną 2015 roku. Wykonana z dziesięciu chińskich żyrandoli i wyglądem nawiązująca do nigdy niepowstałej Wieży Tatlina, pomnika III Międzynarodówki, otoczona obiektami sztuki współczesnej z całego świata i pokazywana w stolicy ZEA przypomina raczej wieżę Babel. Doskonale pasuje do miejsca, w którym mówi się obecnie wszystkimi językami świata i które – mimo mocno niesprzyjających warunków – stało się nową ziemią obiecaną dla milionów ludzi z całego świata – od biednych robotników z Azji Południowej po miliarderów z krajów OPEC.
Gdy wreszcie wychodzę z mocno klimatyzowanych i wyciemnionych galerii, w hallu Luwru Abu Zabi szybko ogrzewają mnie przenikające przez wielką kopułę promienie słońca. Ale trafiam jeszcze na „Kiełkowanie”. Praca francuskiego artysty Giuseppe Penonego, w centralnym punkcie hallu, naprzeciwko rzeźby Rodina przedstawia... odcisk kciuka szejka Zayeda bin Sultana al-Nahyana, zmarłego w 2004 roku prezydenta ZEA. To za jego rządów rozpoczęto projekt Manarat al-Saadiyat i budowę Luwru Abu Zabi. W opisie pracy czytam, że przez rozciągające się koliście od kciuka linie Penone chciał pokazać, jak jedna prosta akcja, myśl czy decyzja może wpłynąć na wygląd niekończącej się przestrzeni.
„Kiełkowanie”, choć powstało we Francji, znakomicie wpisuje się w to, o czym na co dzień nieustannie mówią i piszą emirackie media – opowieść o tym, że dobrobyt, szczęście i bezpieczeństwo mieszkańcy niewielkiego pustynnego kraju zawdzięczają panującym szejkom. Bo to oni w ciągu jednego zaledwie pokolenia zmienili swoich poddanych z ubogich pustynnych pasterzy w prawdziwych milionerów, a teraz jeszcze na Wyspie Szczęścia dali im dostęp do najwspanialszych dzieł sztuki, które od zarania dziejów stworzył człowiek.
Źródło: http://wyborcza.pl/7,112588,22759186,bylismy-w-luwr-abu-zabi-wielkie-muzeum-miedzy-pustynia-a.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2017.07.08 19:03 ben13022 Prof. Jan Zielonka: Jeżeli ktoś mówi, że wyborca zgłupiał, to dla mnie nie jest demokratą [Wywiad]

Liberalizm to jest pakiet, który działa tylko w całości. Nie można zgadzać się na sprzeczne z liberalizmem nierówności społeczne, tak jak nie można się zgadzać na hasła rasistowskie i tortury. Rozmowa z Janem Zielonką, profesorem polityki europejskiej na Oksfordzie
GRZEGORZ SROCZYŃSKI: „Zdradziliśmy nasze wolnościowe ideały, tolerowaliśmy dzikie nierówności i niszczenie państwa opiekuńczego, napadaliśmy inne kraje z wątpliwych powodów, torturowaliśmy więźniów i zawsze mieliśmy jakieś dobre usprawiedliwienia dla tych wszystkich praktyk. Ale nie powinniśmy się dziwić, że wyborcy chcą teraz kogoś innego” – mówił pan miesiąc temu w Brukseli. W czyim imieniu?
JAN ZIELONKA: Liberałów. Czuję się społecznym liberałem.
Takie bicie się w piersi ma sens?
Posłańca?
„Establishment musi zapłacić za to, co zrobił” – to pana słowa. Brzmi jak z wiecu Donalda Trumpa lub Marine Le Pen.
Pan też?
Presji?
Dentystę?
Tamci nie są gorsi?
Większy niż ten, który jest?
Czyli jakie?
Kontrrewolucji?
Podobnie uważa publicystka „The Washington Post” Anne Applebaum. W co drugim felietonie udowadnia, że lewicowy i prawicowy populizm są tak samo okropne. Adam Michnik pisze: „Zalewa nas kretynizm prawicowy i kretynizm lewicowy”.
I idzie jakiś nowy?
Pomyślał. Pan na przykład wydał książkę „Koniec Unii Europejskiej?”.
Bo?
Chyba inaczej. Chcą, żeby te państwa się połączyły w jeden organizm ze wspólnym sprawnym rządem.
Mówiliśmy o kryzysie intelektualnym. Pracuję na największym wydziale nauk politycznych w Europie i do dziś nie ma tu nikogo, kto rozumie nieformalne układy, sieci i powiązania. Wciąż w naukach politycznych wałkujemy partie i systemy partyjne. Tak jakby te partie miały dziś jakiekolwiek znaczenie. Starałem się ostatnio dotrzeć do informacji, jaki jest przeciętny wiek członka brytyjskiej Partii Konserwatywnej. Wyszło mi, że 74 lata. Zrobiła się chryja, że źle policzyłem, nakłamałem, bo – jak ktoś udowodnił – ten średni wiek to nie 74 lata, tylko 68 lat. I co z tym robić?
Nie wiem.
Rynki finansowe i rynki surowcowe to są siły, nad którymi nikt nie panuje.
No tak.
Czyli jaki?
Światowe ministerstwo praw człowieka?
Gdzie?
Jak?
Nie będzie?
Eksperymenty?
No ale kupili.
Juncker się zmienił. Mówi tak: „Musimy się zająć źródłami niezadowolenia ludzi i chronić ich przed ciemnymi stronami globalizacji”. Zapowiada walkę z nierównościami.
Juncker zapowiada likwidację rajów podatkowych. Zna się na tym, bo wie z praktyki, jak działa optymalizacja podatkowa. Ostatnio dosolił 13 mld euro firmie Apple za unikanie podatków.
To znowu brzmi jak cytat z Trumpa albo Farage’a.
Takie krytykowanie nie napędza populistów?
Kontrrewolucja jest do powstrzymania?
Może trzeba się przyłączyć?
Iść z nimi do łóżka?
Happy endem?
Może przyjdą.
To gdzie iść?
Czyli co robić?
Czyli?
Ale z tego walenia się w pierś nic nie wynika. Kompletnie nic. Pan powie z Brukseli „schrzaniliśmy”, koledzy pokiwają głowami. I tyle.
Trumpowi, Le Pen i Putinowi.
Czyli obóz liberalny ma złożyć broń i się rozejść.
*Jan Zielonka – ur. w 1955 r., profesor polityki europejskiej na Oksfordzie i w Ralf Dahrendorf Fellow w St. Antony’s College. Po polsku wyszły dwie jego książki: „Europa jako imperium” oraz „Koniec Unii Europejskiej?”
źródło: http://wyborcza.pl/magazyn/7,124059,21095598,jan-zielonka-nie-bedzie-jak-bylo.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]


2016.09.21 17:07 SoleWanderer Bezdomny ochroniarz na służbie za 3.50 - wyborcza

Ochroniarz z Katowic nie dostał wypłaty, więc z fontanny wyciągnął 3 zł na jedzenie. I za to wyleciał.
http://wyborcza.pl/duzyformat/1,127290,20690992,bezdomny-ochroniarz-na-sluzbie-za-3-50.html
Wrocław. Deszczówka zbiera się w słoiku. Krople gaszą Jankowi papierosa skręconego z gazety. Chowamy się do betonowej budy, w której śpią razem z Zośką. Ogródki działkowe na Oporowie spowija zasłona wody.
Janek jedzie do pracy. Przez 72 godziny będzie ochraniał teren, na którym buduje się politechnika. Za każdą z godzin dostanie 3 zł i 70 gr.
Bunt w ogródku. Dlaczego wyrzuca się ludzi mieszkających na działkach?
Myj się w strumyku
Poznań. Lato 2013 roku, agencja TG Security Group werbuje ludzi do pracy w schronisku dla bezdomnych w podpoznańskich Borówkach. "Zakres obowiązków - dozorowanie, umowa - zlecenie, liczba godzin pracy - 40". Ktoś się zgłasza, przyjmują go, anonsuje innych.
Na rozmowę idzie Włodzimierz Knasiecki, były pracownik ambulansu pocztowego, na rencie, od dwóch lat bezdomny. O nic go nie pytają.
Na ulicy znalazł się w 2011 roku. Wcześniej mieszkał z ojcem, z zawodu rzeźnikiem. Na dwupokojowe mieszkanie na Wildzie czekają w PRL-u 10 lat. Po maturze Włodek chce iść na studia, ale u matki wykrywają raka. Musi zarabiać. Zostaje kurierem, jeździ ambulansem pocztowym. Najczęściej do Krakowa. Trochę baluje, ale większość pieniędzy oddaje matce. W czasie rozładunku przesyłek doznaje urazu kręgosłupa - trafia do szpitala, przerzucają go na magazyn. Ale tu też musi nosić paczki. Nie jest w stanie dalej pracować - dostaje rentę. Ojciec nie wykupuje mieszkania na własność, jest głównym najemcą. Po jego śmierci czynsz wzrasta trzykrotnie - do ponad 800 zł. Włodkowi nie starcza 700 zł renty, wpada w pętlę zadłużenia i ląduje na ulicy.
Włodzimierz jest na początku zadowolony z pracy. Pilnuje budowy, firma płaci w miarę regularnie. Wynajmuje pokój na osiedlu Batorego i opuszcza schronisko dla bezdomnych. W kwietniu 2014 roku słyszy, że w Poznaniu nie ma już roboty, i musi jechać na Kaszuby. Przez trzy tygodnie ma pilnować budowy rurociągu, aż znajdą kogoś innego. Robi się z tego ponad pół roku.
Nie ma internetu, więc nie czyta komentarzy z sieci: "Warunki pracy w tej firmie przerażają mnie. Chronię maszyny za 5 zł na godzinę. Siedzę w przyczepce, w której nie ma prądu, wody". "Jedno wielkie gówno, kary za wszystko, zero wypłaty". "Jednemu ochroniarzowi kazali pilnować pustego placu na drewnianej ławce przez 24 godziny".
Budowa jest w okolicy Lęborka. Pilnuje koparek i spychaczy, kiedy zjeżdżają do bazy po pracy. Maszyny stoją na łące, kilka kilometrów za wsią. Nie ma płotu, alarmu, oświetlenia. Stróżówka to kempingowa przyczepa na dwóch kółkach. W środku - butla z gazem i polowe łóżko. Nie ma toalet, prądu, wody. Gdzie ma się umyć? Pokazują strumyk na łące. Gdzie ma się załatwiać? Pokazują krzaki. Żeby naładować telefon, idzie kilka kilometrów do sklepu. Telefon musi mieć zawsze naładowany, bo dzwonią i sprawdzają, czy pilnuje. W nocy stróżuje w przyczepie, a śpi w niej w dzień. Potem przerzucają go do kolejnych wsi. Dwa razy w miesiącu przyjeżdża pracownik z alkomatem. Za picie można dostać 300-500 zł kary. Kara jest też za brudny mundur. Po kontroli podpisuje oświadczenie, że zgadza się z wynikiem badania alkomatem. Czasem przechodzi kilka badań z rzędu: po południu, przed północą, po północy.
Wyliczył, że winni są mu kilka tysięcy. Płacą 500, 600 zł, choć pracuje dwa razy tyle. Kiedy nie ma za co żyć, pomagają mu Kaszubi. Sprzedają taniej chleb i ładują komórkę.
Ma rentę, ale komornik ściąga z niej 150 zł za jazdy na gapę, kiedy był bezdomny, bank odciąga kredytowe raty. Zostaje 450 zł. Ile może, przesyła właścicielce pokoju. Prosi firmę o zaliczkę na mieszkanie i podaje adres właścicielki. Kobieta dwa razy zjawia się w firmie po pieniądze: po awanturze dostaje raz 650 zł, drugi raz 800 zł.
Godziny i nadgodziny notuje w notesie: 7 grudnia - 24 godziny. 8 grudnia - 13 godzin.
9 grudnia wody podziemne zalewają budowę. Firma się zwija.
Z Poznania przyjeżdża do niego osobiście szef spółki i były ochroniarz- Mariusz Hemmerling. Elegancki, w dobrym aucie. Każe wracać do Poznania pociągiem, choć ma wolne miejsce w aucie.
Włodek jedzie: najpierw autobusem do Lęborka, z Lęborka do Gdańska, a w Gdańsku wsiada w pociąg do Poznania. O 5 nad ranem jest w Poznaniu, o 9 dzwoni telefon, że za chwilę zaczyna kolejną pracę. Stróżuje w Środzie Wielkopolskiej, pod Słubicami i w podpoznańskich Sadach. W tej samej przyczepie kempingowej. W Wigilię kończy się gaz, kierownik mówi, że przywiozą mu dopiero po świętach.
Od Bożego Narodzenia do Nowego Roku pracuje po 24 godziny dziennie.
1 stycznia przestaje wierzyć, że cokolwiek się zmieni. Wraca do Poznania.
W siedzibie TG Group Security składa wymówienie i prosi o zwrot pieniędzy. Dają do podpisania oświadczenie, że zrzeka się roszczeń; odmawia.
Kornelia, streetworkerka, radzi, żeby poszedł do sądu. Jedzie do Państwowej Inspekcji Pracy i pisze pozew. Sąd podlicza, że Knasiecki spędził od kwietnia do stycznia 3305 godzin na budowie. W przeliczeniu - 4 zł netto za godzinę - wychodzi 15 tys. 432 zł. Po odliczeniu zaliczek firma jest winna Knasieckiemu - 9 tys. 522 zł. Ale kiedy Włodzimierz wygrywa proces, firmy już nie ma.
O godność 250 tys. pracowników ochrony w Polsce
3 zł z fontanny na chleb
Wrocław. Janek z ogródków na Oporowie wylicza, gdzie ochraniał: Martold, Wolf, grupa ALFA, Kompleks. Najgorzej było w Wolfie (3,50), po godzinach kazali odśnieżać 300 metrów parkingu. Teraz na czarno, nie powie gdzie. 340 godzin w miesiącu po 3,70, ale obiecali, że jak się postara, to dostanie piątaka. Sam wolał na czarno, bo ma komornika - 15 tys. za alimenty. Zarzeka się, że chciałby spłacić, ale jak weźmie umowę-zlecenie, to z wypłaty nic mu nie zostanie. Wszystko zabiorą alimenty.
Solidarność alimenciarzy. Mój ojciec nie płacił, mój szef nie płaci, ja też nie zapłacę!
Więcej, mówi Janek, niż w ochronie da się wyciągnąć na złomie. Jednak zimę trzeba gdzieś przeczekać, a w schronisku, jeśli pracujesz, zostawiają ci tylko stówę z wypłaty. Schroniskowa fala też potrafi dokopać.
A w ochronie, jak się ma szczęście, to jest czajnik i rosołek zjesz. Janek przyznaje: czasem się też łyknie, ale trzeba z głową. Za jedno, dwa piwa od razu nie zwolnią, raczej każą zmienić obiekt. - Szajs i wegetacja, bezapelacyjnie - mówi. - Kurde, ja bym sobie coś wynajął, a co mogę za 3,70? Nie zdechnąć. Patrz, mam tu dziewczynę - przytula Zośkę, która marznie od deszczu i wyciera nos w rękaw. - Zabrałbym ją do kina, ale dwa bilety po 25 zł to 15 godzin pracy. Wiesz, że ona nigdy w życiu w kinie nie była?
Tak właśnie, będziemy mówić o tych na samym dole.
5,5 tys. koncesji firm ochroniarskich, około 300 tys. pracujących w ochronie. Na górze - ochrona z licencjami, pracownicy patroli, konwojów, obstawa VIP. To niewielka część. Schodzimy niżej, dalej są obiekty "z listy wojewody", pilnowanie ważnych budynków, jednostek wojskowych. A na samym dnie - to jest większość, 150-200 tys. ludzi - pilnujący budów, osiedli, instytucji publicznych. Najgorzej płatna branża w Polsce. Studenci, renciści, emeryci, niepełnosprawni, bezdomni. Bez umów o pracę, bez ubezpieczenia. Z długami, z komornikiem, z alimentami, brudnymi kredytami. Niewyspani, poniżani. Próbujący przeżyć za 5 zł za godzinę, za 4,70, za 3,50, za 2,70. Pracują 300, 400, 500 godzin w miesiącu.
Niewolnik do wynajęcia
Jak ten w Bolechowie, który siedzi w rozsypującej się budce z trzech płyt pilśniowych na całodobowych dyżurach. Jak Zygmunt z Wrocławia, który pracuje 500 godzin w miesiącu (na budowie praktycznie zamieszkał). Jak tamten z Katowic, który nie dostał wypłaty, więc z fontanny w centrum handlowym, którego pilnował, wyciągnął sobie 3 zł na jedzenie (i za to go zwolniono).
Siedzimy z Jankiem, Zośką i Romanem na ławce w parku, gdzie zawsze sobie siedzą i palą papierosy z gazety.
Roman, kolega Janka, zaliczył ekonomię, zanim ekonomia przygniotła Romana. Zanim trafił do ochrony, w latach 90. studiował na Akademii Ekonomicznej (dziś Uniwersytet Ekonomiczny), potem trzy lata w dziale sprzedaży Toshiby. Wyjechał do Anglii, przez dekadę był kucharzem, szefem kuchni w knajpie od burgerów. W koledżu na lekcjach angielskiego poznał żonę, mieli dom, dziecko. - I narobiłem głupot. Żona chciała rozwodu. Wróciłem do Polski, ale nie chcieli mnie w sprzedaży ani w kuchni, więc poszedłem do ochrony - opowiada.
Pierwsza robota - Nord-Wacht, 29 kamer skierowanych na trzy biurowce.
W Stabilu pilnował parkingu (4 zł). Potem za pieniądze sprawdzał śmietniki, czy ludzie segregują (jeśli nie, trzeba poprzekładać). Od śmietnika do śmietnika jeździł na rowerze. Teraz znowu idzie do ochrony, ma dziś rozmowę o pracę.
Równiej. Co właściwie zrobił Piketty?
Śmierć ochroniarza
Warszawa. Puk, puk w szybę. Rysiek naciska brzęczący guzik. Siedzimy w pokoju ochrony na eleganckim osiedlu, które właśnie oddawane jest do użytku. Rysiek miesza herbatę i opowiada, że w Warszawie jest tak samo: ze schroniska na Wolskiej agencje ochrony wyciągają bezdomnych. Rysiek ma dom i nawet samochód, tylko nie ma życia. W PRL-u był taksówkarzem, wyjechał do Szwecji, wrócił w 1990 roku i załapał się do jednej z pierwszych firm ochroniarskich w Polsce, wtedy brzmiało to dobrze.
Rysiek: - Defendor, jeszcze nie weszły przepisy o ochronie, a oni byli krok do przodu, wiedzieli, o czym będzie się mówić w Sejmie. Łyknęli zlecenia na stacje benzynowe. Woziłem kasę w konwoju, ale zwolnili mnie, bo miałem pretensje o procedury bezpieczeństwa. Miałem, bo wróciłem raz z dziurą po kuli w błotniku. Potem był boom, agencji się namnożyło, gigantyczne pieniądze. Każdy wiedział, że nocami na tramwaju wodnym w Warszawie, bo to dyskretne i ciche miejsce, szły kontrakty i lewe walizeczki z kasą. No, tylko ochroniarze dostawali coraz mniej. Pracowałem w Juwentusie, pilnowałem osiedla: dwie agencje towarzyskie, dwie firmy przewozowe, basen, przedszkole, parking, kort tenisowy. 3,40 na rękę za godzinę. Na drodze pożarowej stawały samochody, trzeba było wzywać policję. Nie do wszystkich - prezes dał mi kilka numerów rejestracyjnych. Nie miałem farta. Policja wypisała mandaty, o 2 w nocy wchodzi blondynka w czerwonej sukience i daje mandat: pan zapłaci albo pan nie pracuje. Samochód dostała od męża na 40. urodziny. Nie zapłaciłem, to szef wysłał mnie na urlop, a potem zwolnił, bo tamta kobieta nie czuła się komfortowo, gdy mijała mnie w budce. Poszedłem ochraniać budowę. Miałem zadanie: przy wejściu badać Ukraińców alkomatem. Na sąsiedniej budowie spadł chłopak. Wszyscy u nas wiedzieli, że przebrali go tam w ciuchy cywilne i zrobili wtargnięcie, no bo pracował na czarno - opowiada. - Ale teraz jestem sprytny! - doda zaraz. Ma dwie prace - w jednej ochrania za 6 zł za godzinę, w drugiej za 5,50.
Na stole obok herbaty kładzie zapełnione drobnym maczkiem grafiki dyżurów.
Ta liczba na początku niewiele powie, przyda się matematyka. Iloraz z 520 podzielonych na 24 godziny da prawie 22 doby w miesiącu wypełnione tylko pracą. Albo prawie 17 godzin dziennie wypełnionych pracą. W pozostałych siedmiu godzinach Rysiek musi zmieścić wszystko inne: sen, rozmowę z synem, prysznic, zakupy. W tym roku udało mu się wyjechać na wakacje, nagimnastykował się, żeby dostać wolne okienko w dwóch firmach.
Rysiek: - Nie ma życia! W kwietniu zostałem dziadkiem, widziałem wnuka dwa razy. Zrobili z nas niewolników. Z nas wszystkich: kasjerek, sprzątaczek, ochroniarzy, ludzi od wywozu gówna. Nas nie stać, żeby nie pracować. Nawet za półdarmo. Przyjdziemy zawsze, umęczeni, chorzy. Wiesz, miałem kolegów, co zeszli na służbie. Do pracy pisze się tylko oświadczenie, że jest się zdrowym, badań nikt nie robi. Jeden wyglądał na siedemdziesiątkę, a miał trzydzieści kilka. Zszedł na kiblu w pracy, z wycieńczenia.
Rysiek radzi, żeby poczytać gazety i zwrócić uwagę na nagłówki: "śmierć ochroniarza", "ochroniarz wpadł do zbiornika", "ochroniarz zmarł na służbie z powodu zatoru...", "ochroniarz popełnił samobójstwo ze służbowej broni...".
Rysiek: - Jeszcze dwóch innych znałem, co padli. Bo taka jest prawda: padamy.
Już nie czuję, że śmierdzę. Obieranie cebuli na czarno w Wielkopolsce
Grupa inwalidzka mile widziana
Wrocław. Całe szczęście, że Cezary jest niepełnosprawny.
Ma grupę inwalidzką i dlatego każda firma ochroniarska przyjmie go z wielką radością.
Za niepełnosprawnego firma dostanie dotację z Państwowego Funduszu Rehabilitacji Osób Niepełnosprawnych i dzięki temu często będzie miała pracownika za darmo. Agencje ochrony zatrudniają więc niepełnosprawnych masowo, na wszystkie stanowiska, zdarza się, że nawet jeśli ktoś ma problemy ze wzrokiem i nogami, to pilnuje supermarketu na linii kas. Im więcej schorzeń, tym lepiej. Co roku z budżetu płynie do firm ochroniarskim około miliarda złotych. Kontrole NIK wykazywały, że pieniądze są wykorzystywane niezgodnie z prawem - zamiast aktywizować niepełnosprawnych używa się ich do dofinansowywania działalności gospodarczej.
Sławomir Wagner, Polska Izba Ochrony: - Jak pieniądze leżą na ulicy, to głupio nie sięgnąć.
Marcin Pyclik, agencja Konwój: - Tak, zatrudniam niepełnosprawnych, ale na stanowiska, które mogą wykonywać, nie traktuję ich jak zysku dla firmy. Ale wiem, jak jest: wygramy przetarg trzema niepełnosprawnymi, trzeba sobie takich znaleźć.
Jak szybko znaleźć? Daje się ogłoszenie: ochrona 16 zł za godzinę. Nikt tyle nie zapłaci, ale zgłoszą się tłumy i łatwo można uzbierać bazę numerów osób z grupą inwalidzką.
Ogłoszenia o pracy: "Przyjmiemy najchętniej z grupą inwalidzką". Ochroniarze mawiają: zamiast załatwiać sobie licencje, załatw lepiej grupę.
Janek z Wrocławia, bezdomny: - Szefowa zobaczyła wypis ze szpitala, że mam zanik nerwu wzrokowego: Janeczku, wspaniale, proszę to załatwić!
Krzysztof Witulski, magazyn "Ochroniarz":
Cezary: - Ale nawet jak masz grupę, to walą cię na kasę. W agencji Kompleks ochranialiśmy przedszkole. Po trzech miesiącach umowa-zlecenie. W agencji V88 chroniłem budowy. Przyjeżdża koordynatorka, umowa-zlecenie za złotówkę w nadgodzinach. "Taka potrzeba firmy, panie Cezary". W Piaście, wypożyczalnia maszyn budowlanych, zamykałem się w środku, było spanko. Ale firma wygrała przetarg na duże magazyny i pilnie potrzebowali ludzi. Koordynator mówi, że będę tam robił obchody, półtora kilometra w pół godziny. A ja mam grupę inwalidzką właśnie ze względu na nogi - mówi.
Kilkanaście lat wcześniej: Czarek pracuje w policyjnej prewencji. Małżeństwo wisi na włosku, odszedł. Teraz mu się tamta praca przypomina.
Ten trup się nie liczy. Tropimy policyjne statystyki
ZUS chronimy za 5 zł
Wrocław. Zośka, dziewczyna Janka z ogródków na Oporowie, też zaczęła wczoraj pracować w ochronie, Janek załatwił. Było trochę na opak: najpierw do pracy na 12 godzin, a potem na rozmowę kwalifikacyjną. Poprosili o dowód, ale zgubiła, więc sama podała nazwisko i PESEL. Zatrudniona. 4,80, na czarno, a jakby chciała na biało, to 3,50. Zośka trochę się martwi, bo w miejscu, którego pilnuje, nie ma bieżącej wody ani toalety, niby są krzaki, ale niskie, a zaraz domy. - To sobie wymyśliłam tak: wzięłam folię i na tę folię się załatwiłam. Zawinęłam i wyrzuciłam do śmieci.
Janek dalej pilnuje terenu, gdzie politechnika kończy budowę hali sportowej, a dalej są laboratoria.
Agnieszka Niczewska, rzeczniczka PWr przesyła dane, z których wynika, że ochroniarze na politechnice zarabiają godziwie: - Tamten teren przekazaliśmy teren w sierpniu ubiegłego roku generalnemu wykonawcy (Moris Polska) i to on odpowiadał za wszelkie prowadzone prace, także ochronę.
Firmy budowlane zrzucają winę na agencje ochrony: powinny przecież odpowiadać za swojego pracownika i za to, jakie ma warunki. Agencje - na klienta.
Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony:
Tak jest zawsze, nie znajdzie się odpowiedzialnego za to, że Zośka pracuje za 3,50, a jej toaletą jest kawałek brudnej folii.
Najgorzej, tak mówią ochroniarze, jest w instytucjach publicznych. To pokłosie "taniego państwa" - najważniejszym kryterium przetargów miała być cena, choć dwa lata temu wprowadzono klauzule społeczne, mało gdzie się tego pilnuje.
Rysiek z Warszawy ma kolegę, który stoi w budynku ZUS. - Za 5 zł, ale wolałbym nie rozmawiać w ogóle, bo ja wolę mieć te 5 zł, niż nie mieć - mówi, kiedy do niego dzwonimy.
Tanie państwo bije w twarz
W przetargu krakowskiego pogotowia (najważniejszym kryterium cena) wygrała firma za 5,32 na godzinę, po odjęciu za uniform i krótkofalówkę ochroniarz dostał 4 zł. Wojewódzki Ośrodek Ruchu Drogowego w Toruniu wycenił ochronę na 5,95 za godzinę. Sąd Rejonowy w Legnicy - na 5,79.
Kilka miesięcy temu wrocławska Partia Razem przepytywała z zarobków i zatrudnienia ochroniarzy, szatniarki i sprzątaczki na wrocławskich uczelniach.
Waldemar Mazur z Razem: - W większości przetargów UWr (zazwyczaj po 90 proc. i więcej) decydowała cena. Wygrywały oferty najtańsze, a najłatwiej ściąć cenę kosztem pensji pracowników. Odwiedziliśmy wszystkie wydziały, a na nich większość instytutów i katedr. Uzbieraliśmy 50 ankiet, niewiele, bo część pracowników bała się rozmawiać. Szczególnie złe warunki zatrudnienia były na Wydziale Prawa, Administracji i Ekonomii. W gorszej sytuacji od pracujących w ochronie były szatniarki i sprzątaczki.
W marcu Razem napisało list otwarty do władz wrocławskich uczelni. - Zostaliśmy zignorowani. Po dwóch tygodniach pokusiłem się o telefony do rektorów UWr i PWr, ale odbiłem się od rzeczników. Zasłaniali się gorącym okresem wyborczym. Na uwagę, że może to moment, kiedy warto się nad problemem pochylić, odpowiedzieli, że nie są to priorytety, z jakimi mierzą się obecnie wrocławskie uczelnie.
Agnieszka Niczewska, rzeczniczka PWr: - List otwarty nie dotyczył żadnej konkretnej sprawy, był apelem. Partia wysłała go na ogólny adres kancelarii rektora, nie można więc uznać go za list do rektora politechniki.
Michał Kulczycki, szef "Solidarności" Pracowników Ochrony, Cateringu i Sprzątania, razem ze współpracownikami wiosną odwiedzał budynki polskich ministerstw i pytał ochroniarzy. Przesyła nam tabelki - w Ministerstwie Finansów (Argus) stawka to 7,30, brak pomieszczenia socjalnego i problemy z umundurowaniem. W Ministerstwie Kultury (CD BIS) 6,50, pracownicy skarżą się na złe warunki. W Ministerstwie Nauki (Basma Security) stawka to 5 zł (obiecano nowy przetarg).
Rysiek: - Pojechałem kiedyś do Państwowej Inspekcji Pracy na ulicę Zielonego Dębu poskarżyć na agencję Kompleks. Patrzę, a PIP ochrania właśnie Kompleks. No, kurde! Zainteresowałem się. Przetarg wygrali na 8,50 zł brutto. Ile dostali ochroniarze? 3,50.
Razem. Pięć minut sławy i co dalej
Jędrek Security, Jędrek Monitoring
Przyczepa kempingowa w środku łąki bez wody, toalety, prądu.
Marcin Pyclik, agencja Konwój: - Nie ma przymusu brać tanich zleceń. Ja uważam, że my, agencje ochrony, jesteśmy sobie winni. Sami psujemy sobie rynek. W przetargu 10 zł, pełny serwis z kamerami, na stronach zdjęcia wysportowanych ludzi w dobrym sprzęcie, a to pic na wodę, bo czasem firma nawet mundurów dla tych ludzi nie ma. Klienci nie weryfikują. Jest tak: jedni udają, że chronią, a drudzy płacą za tę ochronę.
Michał Kulczycki, "Solidarność": - Umowy o pracę zamienili na zlecenia, potem na dwa równoległe zlecenia, wydłużają okresy rozliczeniowe. Ochroniarze odśnieżają i strzygą trawę, bo mniej zapłacić się już nie da.
Cezary z Wrocławia: - Pierwszą umowę daje się na 50 zł za roznoszenie ulotek, a drugą, że w ochronie. Ale to od tej 50 zł jest odprowadzany ZUS. Tam, gdzie pracuję, Juwentus robi ludziom wypłatę co dwa miesiące, dzięki temu ZUS płacą tylko sześć razy w roku.
Taka jest potrzeba firmy, mówią. Rynek tak ustalił.
Od 1 stycznia wchodzi minimalna stawka godzinowa 12 zł.
Cezary z Wrocławia: - W agencjach słyszę płacz. Szef: panie kochany, co oni z nami, kurwa, robią. Potem odjeżdża mitsubishi pajero, a my aż zaciskamy pięści. Godzinowa ma powstrzymać patologie, jak te w agencjach ochrony. Czy powstrzyma?
Marcin Pyclik, Konwój: - Są już sposoby. Pracownik dostanie 12 zł, ale odda kilka złotych za wynajęcie munduru i wyposażenia, nadal będzie zarabiał mniej.
Krzysztof Witulski, magazyn "Ochroniarz": - Szybko się przepoczwarzą. Podstawą do zabrania koncesji jest grubość blach na drzwiach magazynu z bronią, ale nie oszukiwanie pracowników. Firma ma wiele koncesji, potem, jak są kłopoty, to zamiast Jędrek Security jest w zapasie Jędrek Group albo Jędrek Monitoring pod tym samym logo i na nie przepisuje się kontrakty. Agencje ochrony powstały nie po to, żeby chronić, ale żeby przynosić zysk. Nie znam przypadku, żeby firma zniknęła z rynku, bo robiła przekręty.
Sławomir Wagner, prezes Polskiej Izby Ochrony, nawet chciałby, by pracownikom było lepiej, choć może wyglądać to niewiarygodnie, bo do tej pory ze wszystkimi zmianami (ZUS, stawka godzinowa) walczył. Tak właśnie mówi: walczyliśmy, poszliśmy walczyć, walczyliśmy długo. - Bo za szybkie zmiany to nieszczęście. Klient się musi dostosować i znaleźć pieniądze. Czy nie można tej godzinowej najpierw od 9 zł? Przecież niektóre firmy mają 70 proc. pracowników na umowy-zlecenia. To są oficjalne dane giganta - Konsalnetu. Nie jesteśmy przeciwni zmianom, bo to metoda ucywilizowania rynku, ale powoli. Teraz wiele firm zacznie zatrudniać na czarno, a najwięksi zlikwidują stanowiska, dopóki klient nie przyzwyczai się do nowych stawek. A przecież ochrona jest potrzebna: magazyny, osiedla...
Prekariat. Wyklęty lud ziemi, o jakim Marksowi się nie śniło
Ochroniarz czyta Konfucjusza
Wrocław. Ekonomiście Romanowi obiecali dziś w ochronie 5 zł za godzinę, ale koledzy mówią, że tylko przez telefon brzmi tak fantastycznie, w rzeczywistości będzie 4,70.
Poznań. Sprawę bezdomnego Włodka, który wygrał w sądzie z agencją ochrony, przejmuje komornik. Pisze, że postępowanie egzekucyjne jest bezskuteczne: dłużnik nie posiada majątku, rachunku bankowego, nie figuruje w ewidencji urzędu skarbowego, nie ma zarządu. Kwoty nie można ściągnąć z Funduszu Gwarantowanych Świadczeń, bo sprawa toczy się przed sądem cywilnym, a nie pracy. Dlaczego? Bo Włodek nie miał umowy o pracę, pracował na zlecenia. Jedzie do głównej siedziby TG Group Security, ale mieści się tam już inna firma - TG Security. Ten sam telefon, prawie to samo logo. Włodek widzi przed firmą Hemmerlinga.
Też pytamy TG Security: co z wynagrodzeniem dla Włodka? Każą wysłać e-maila.
"TG Security nigdy nie zawierało umowy z Panem Włodzimierzem Knasieckim. Z informacji, które posiadamy, ten pan był pracownikiem naszego podwykonawcy, z którym nasza spółka zakończyła współpracę ponad rok temu" - odpisują.
Marek Przywecki, komornik, który próbuje odzyskać pieniądze Włodzimierza:
Dzwoni Mariusz Hemmerling: - Tej firmy nie ma, sprzedałem ją. Ochroniarz zrzekł się wypłaty, będę się odwoływał od wyroku. Przyznaję, że warunki były fatalne. PIP dał za to inwestorowi karę i nas też ukarano.
Agnieszka Mróz z Inicjatywy Pracowniczej uważa, że wyzysk nakręcają w Polsce urzędy pracy oraz instytucje zatrudniane przez samorządy do aktywizacji bezrobotnych: - Wypychają ludzi na śmieciówki, poprawiają sobie statystyki. Nie ma to nic wspólnego z aktywizacją, to tylko na papierze. Nikt się nie zastanawia, co się dzieje potem z tymi ludźmi, nie śledzi ich losów. Nie dostają narzędzi, by utrzymać się na rynku. Większość z nich wraca w to samo miejsce - na ulicę. Gdzie ta prosta, na którą miał wyjść Włodzimierz Knasiecki?
Włodek jest winny właścicielce za pokój już 6 tys. Nie chce wracać na ulicę. Po Kaszubach roznosił przesyłki, zarabiał 300 zł miesięcznie. Teraz znów pracuje jako ochroniarz. Jak długo? Nie myśli o tym.
Warszawa. Kiedy Rysiek nudzi się w pracy, czyta sobie Konfucjusza. Podobały mu się zwłaszcza myśli o chciwości, że jeden chciwy cały świat pogrąży w nicości. I jeszcze: "W podeszłym wieku, gdy krew stygnie, a duchy żywotne słabną, chciwości się wystrzegaj".
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.08.31 17:00 SoleWanderer MACIE ŻYĆ TAK, JAK MY ŻYJEMY - Tygodnik Powszechny

Mogliśmy się już widzieć, i to w tym samym miejscu. W 2011 r. Mateusz Bożydar Marzoch, prezes jednego z warszawskich Kół Młodzieży Wszechpolskiej, asystent posła Roberta Winnickiego, „narodowiec, katolik”, jak przedstawia się na Twitterze, szedł w Marszu Niepodległości. Ja stałam w pobliżu kawiarni przy placu Konstytucji w kontrmanifestacji. Minęło 5 lat, niewiele mniej niż nasza różnica wieku.
Kiedy 1 sierpnia obserwowałam kolejny przemarsz narodowców, oprócz wielu innych uczuć – opisanych przeze mnie na łamach „TP” w tekście „Nowy Świat maszeruje” (nr 33/16) – poczułam wstyd. Wstyd, że nie weszłam w tłum i nie zapytałam: „Dlaczego tu przyszedłeś?”, ale także z powodu własnej pogardy i poczucia wyższości. Poniższa rozmowa wzięła się m.in. z potrzeby przełamania tej postawy.
MAGDALENA KICIŃSKA: Dziękuję, że zgodził się Pan na spotkanie – wielu przedstawicieli organizacji, o których pisałam w „TP”, nie chciało rozmawiać. Zwłaszcza że był Pan jedną z osób, które negatywnie skomentowały naszą okładkę sprzed dwóch tygodni.
MATEUSZ BOŻYDAR MARZOCH: Bardziej nie podobał mi się tytuł. Bo dlaczego to, co robimy, jest kradzieżą? To przywracanie Polakom świąt i rocznic. Zanim organizacje narodowe o to nie zadbały, mało kto je celebrował, a jeśli, to niemrawo. Teraz – tłumy. Dopiero od niedawna mamy też np. Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych. To zasługa pracy u podstaw, którą robimy.
A nie prezydentów Kaczyńskiego i Komorowskiego, którzy przeprowadzili proces legislacyjny w tej sprawie?
Oni raczej wyczuli, że powinni to zrobić, reagując na presję. To my upomnieliśmy się o pamięć.
Krzycząc 1 sierpnia: „Śmierć wrogom ojczyzny”?
To hasło ściśle historyczne, używane szczególnie po II wojnie światowej, kiedy polscy partyzanci walczyli z okupantem sowieckim i z ludźmi, których uważali za wrogów.
Chce mnie Pan przekonać, że nie ma w tym okrzyku odniesień do tu i teraz?
1 sierpnia krzyczeliśmy też „Jedna kula, jeden Niemiec”, a nie wydaje mi się, żeby ktoś teraz nawoływał do zabijania Niemców. Bądźmy poważni.
Niech mi więc Pan wytłumaczy związany z Powstaniem kontekst innego hasła, które skandowano: „A na drzewach zamiast liści będą wisieć syjoniści”?
Tu przyznam: nie wiem, co koledzy mieli na myśli. Ale nie dam się wmanipulować. Pani chce, żebym powiedział, że dosłownie bierzemy to, o czym krzyczymy.
Chcę zrozumieć, co Panu daje wykrzykiwanie tych haseł.
Poczucie sensu: czerpiąc z doświadczenia tamtych ludzi i oddając im cześć, czuję z nimi łączność. Wiem dzięki temu, gdzie i kim jestem, i jakie z tego wynikają dla mnie obowiązki. Np. w czasie wojny – jak należy się zachować. Wiem, że poszedłbym walczyć z tymi samymi hasłami na ustach.
A w czasie pokoju? Oglądałam Pański profil na Facebooku i konto na Instagramie. Widzę, że lubimy podobną muzykę, i zastanawiam się, czy jest coś, co poza muzyką może nas łączyć.
Poglądy pewnie nie.
Obawiam się Pańskich.
Niesłusznie. Nie jesteśmy tacy źli.
Nie dopuszczacie możliwości, że ktoś inaczej widzi świat.
Bo jesteśmy pewni, że nasza wizja jest dla Polski najlepsza.
O tym mówię – o braku wątpliwości. Jak się go zdobywa? Jak znalazł się Pan w Młodzieży Wszechpolskiej?
Pochodzę ze wsi, gdzie moi rodzice prowadzą gospodarstwo. Tam się wychowywałem, później poszedłem do liceum w powiatowym mieście i mieszkałem w internacie. Nie wiedziałem wtedy zbyt wiele o organizacjach narodowych. Od gimnazjum udzielałem się jako harcerz.
ZHP?
Stowarzyszenie Harcerstwa Katolickiego Zawisza. Wciągnął mnie kuzyn i to właśnie tam nabrałem poczucia, jak wielki sens ma nie tylko praca – co wyniosłem wcześniej z domu, bo od najmłodszych lat pomagałem w prowadzeniu gospodarstwa – ale przede wszystkim służba.
Czym ona jest?
Pomocą drugiemu człowiekowi, pracą na rzecz wspólnoty i gotowością do poświęceń na jej rzecz.
Tu się zgadzamy – ja również uważam, że to istotna wartość.
No więc ja podjąłem służbę na rzecz Młodzieży Wszechpolskiej – w 2011 r. pojechałem na Marsz Niepodległości i zobaczyłem, że potrzebna jest pomoc. Wstąpiłem do Straży Marszu – budowała ją m.in. MW, trafiłem na spotkanie. Sprawdzili, kim jestem.
Jak?
Weryfikacja polegała na rozmowie, sprawdzeniu naszych profili na Facebooku, to wszystko. Od początku roku akademickiego – kiedy zacząłem studia: bezpieczeństwo wewnętrzne na UW – zacząłem chodzić na spotkania. I od tej pory każda akcja, każda służba, którą pełnimy – np. ostatnio, przy pogrzebie kard. Macharskiego na Wawelu – daje mi ogromną satysfakcję i poczucie, że dokonałem właściwego wyboru.
To znaczy?
Że jestem wśród ludzi, którzy myślą tak jak ja i chcą tego samego.
Wcześniej Pan tego nie czuł?
Może w harcerstwie, ale z tego się wyrasta. A potrzeba zostaje.
Co Pan ostatnio czytał?
„Wszechpolaka”.
A książki?
Szczerze mówiąc, od dziecka muszę się do książek zmuszać.
Pytam, bo chciałabym się dowiedzieć, co Pana ukształtowało.
Już powiedziałem: praca. To, co robiłem w domu, potem w harcerstwie, teraz w MW – dla innych i dla narodu.
Jest Pan honorowym dawcą krwi.
Od 18. roku życia. I dawcą szpiku.
A kiedy patrzy Pan na probówki, w których zgromadzona jest krew, w każdej taka sama, nie myśli Pan – kto ją oddał, komu zostanie przetoczona?
Nie, bo człowiek to człowiek, życie to życie. Jeżeli umierałby ktoś, kto jest innego koloru skóry, wyznania czy nawet, powiedziałbym, orientacji, moje człowieczeństwo nakazywałoby mu pomóc i tę krew przekazać.
Woodstockowiczowi też?
Na Woodstocku nigdy nie byłem.
Może gdyby Pan na własne oczy zobaczył uczestników festiwalu, to nie napisałby Pan o nich na Twitterze „podludzie”.
Widziałem filmy i zdjęcia – zachowywali się jak robaki, taplali w błocie jak zwierzęta.
Nie mają prawa bawić się tak, jak uważają za stosowne?
A ja mam prawo to oceniać.
To chyba nie po chrześcijańsku mówić, że ktoś jest „podczłowiekiem”.
Dlatego jako chrześcijanie chodzimy do spowiedzi.
A z tego się Pan wyspowiadał?
A to już moja intymna kwestia.
Wpisu Pan nie usunął.
Oj, wiele wpisów wisi, które bym chciał pokasować, ale nie mam czasu.
Można być polskim patriotą i gejem?
Wie pani, to trudne pytanie. Homoseksualizm jest czymś nienaturalnym, co dotyka człowieka na jakimś etapie jego życia.
Homoseksualizm nie jest chorobą, wyborem ani stylem życia.
Według mnie jest schorzeniem. Ale osobiście uważam, że taki człowiek też mógłby zginąć za Polskę.
Ginęli. Oddawali życie za Polskę ludzie różnych wyznań, orientacji…
No dobrze, dobrze, znamy te historie…
Dlaczego Pan się śmieje?
Wszystko można zmanipulować – mówić np., że „Rudy” był homoseksualistą.
A to by było coś złego, gdyby był?
Dla mnie? Tak.
Bo?
Bo to nienaturalne i niezdrowe dla tej osoby i dla społeczeństwa. Ale nie uważam, że należałoby tych ludzi zabijać.
A mniej drastycznie – być członkiem tej samej wspólnoty też nie należy?
To nie tak. Nasz problem z tymi ludźmi nie wynika z tego, że oni mają ten swój problem, ale z tego, że chcą, żebyśmy my ich defekt zaakceptowali i przyjęli jako normę. Na to zgody nigdy nie będzie. Bo to pierwszy krok, za nim idzie cała ideologia tolerancjonizmu, która doprowadziła do tego, co się teraz dzieje na zachód od Polski.
Co to jest tolerancjonizm?
Zachód wybrał zupełną anarchię i ideologię, która go rozbroiła, wmawiając ludziom, że wszystko jest dobre: chcesz być kobietą, chociaż się urodziłeś mężczyzną – nie ma sprawy. Chcesz zabić dziecko – twoje prawo, a aborcja to oznaka wolności kobiety. I że nie zabija się człowieka, że to tylko zlepek tkanek. Więc ja się pytam: co z tego zlepka tkanek będzie potem? Słoń? Zachód zapomniał, że są rzeczy niepodważalne.
Dla mnie to, co niepodważalne, to prawa człowieka, dla Pana – prawa boskie, prawa jednej religii?
Moja wiara zakłada, że człowiek całe życie powinien dążyć do zbawienia, a inni ludzie, inni katolicy, powinni pomagać ludziom obok siebie, nawet niewierzącym, znaleźć drogę do zbawienia.
I chce Pan narzucać swoją wizję tego, co można, a czego nie można, innym?
Jeszcze nie narzucamy.
Jeszcze...
Nie muszę narzucać komuś, żeby miał narodowe poglądy i za największe dobro uważał naród, choć tego bym chciał – pamiętając, że przed narodem tylko Bóg. Ale są sprawy fundamentalne, w których nie możemy pozwolić, by ktoś decydował o sobie wbrew boskiemu prawu i wbrew interesowi narodu. Taką sprawą jest np. aborcja.
Ci, którzy Pańskiego zdania nie podzielają, są wrogami ojczyzny?
Wrogami ojczyzny są ci, którzy prowadzą do jej moralnego zepsucia, do liberalizmu, źle pojętej tolerancji i odejścia od wartości chrześcijańskich, na których została zbudowana. Wszyscy, którzy starają się to negować, którzy starają się doprowadzić do tzw. multikulturalizmu i wymieszania wszystkich ze wszystkimi, zniesienia granic – także moralnych. Wszyscy ci, którzy na pierwszym miejscu nie stawiają interesu Polski i narodu polskiego, ale jakiś wyimaginowany europejski albo swój własny.
Bardzo ogólne słowa.
Mam nazwiskami wymieniać?
Pańscy koledzy często to robią. Spróbuję zgadnąć: np. ci, którzy popierają prawo do decydowania o przerywaniu ciąży? Zwolennicy przyjmowania uchodźców? Osoby, które są LGBT i które działają na rzecz ich praw?
Wszyscy oni działają na rzecz degrengolady moralnej społeczeństwa, a nie na rzecz ochrony praw. Oglądała pani igrzyska olimpijskie, bieg na 800 metrów i te trzy pseudopanie, które paniami raczej nie są…
Ale co to ma wspólnego z prawami osób LGBT w Polsce?
To przykład tego, do czego oni dążą. Do przywilejów, chcą sobie ugrać przywileje. Tak to się zaczyna – mniejszość krzyczy, że jest dyskryminowana, a tak naprawdę chce lepszego traktowania. Od znajomych, którzy wyjechali do Wlk. Brytanii, wiem, że tam np. dotyczy to czarnoskórych. Nie pracują tak ciężko jak my, są leniwi, ale jak pracodawca chce ich zwolnić, to zarzucają mu rasizm.
To, co Pan mówi, to właśnie rasizm: wywyższanie jednej rasy ponad inną na podstawie fałszywych uogólnień. Mniejszości nie chcą być „lepsze”, chcą być równe.
Pani w to wierzy, ja nie.
A rozmawiał Pan z kimś, kto działa np. w organizacji LGBT?
Nie, i jakoś nie chcę.
Może by się Pan dowiedział, że chcą czegoś innego, niż Panu się wydaje.
Wystarczy mi widzieć Paradę Równości i to świństwo, które tam maszeruje. Faceci poprzebierani za kobiety, pomalowani jak jakieś nabzdyczone panie z burdelu; pseudo-katolicy, którzy chcą, żeby ich Kościół zaakceptował; mężczyźni, którzy wymachują sztucznymi penisami, co to ma być? To wbrew naturze. Najpierw akceptacja dla par homo, potem adopcja, a potem usłyszymy to, co w Holandii, by zalegalizować zoofilię, albo w Szwecji – by uczyć dzieci obowiązkowo masturbacji. To chore.
Słucham Pana i myślę: to pomieszanie wszystkiego ze wszystkim. Zasłyszane plotki, niepotwierdzone pogłoski, między którymi istnieje wymyślony związek przyczynowo-skutkowy.
Potwierdzone. Dla nas jest jasne, że to wszystko się łączy, a państwo tego nie widzą, bo wierzą w ich dobre intencje.
Ma Pan w swoim środowisku kogoś o innej orientacji niż heteroseksualna?
Nie.
Nigdy nie chciał Pan skonfrontować swoich wyobrażeń z tym, kim oni są naprawdę?
Wystarczy mi to, co widzę i czytam. Zaczyna się od drobnych rzeczy, a potem granice przyzwoitości się zacierają, i w efekcie rodziny zostają pozbawione wpływu na to, jak wychowują dzieci, bo jakaś ideologia i organizacje, które wcielają ją w życie, uważają, że zrobią to lepiej.
Pańska organizacja też uważa, że ma monopol na prawdę.
Nie można wszystkim na wszystko pozwalać w stylu „róbta co chceta”. Trzeba stawiać granice, żeby mieć w życiu jakieś punkty stałe, wartości, żeby wiedzieć, do czego się odwołać. A odwołać się można tylko do tego, co nas ukształtowało: wiara i historia.
Ma Pan rodzeństwo?
Trójkę.
A jeśli brat powiedziałby, że jest gejem?
Argumenty ad personam są bardzo słabe.
Chciałabym nadać sprawom, o których Pan ma tak mocne poglądy, jakąś twarz.
Na to pytanie nie odpowiem. To intymna sprawa i nie chcę, żeby ktoś w nią ingerował.
Ja nie chcę, żeby Pan ingerował w moje. Pytałam po prostu, co by Pan poczuł.
Nie powiem, że się nad tym nigdy nie zastanawiałem. Ale mam takie szczęście, że zostaliśmy wszyscy dobrze wychowani przez naszych rodziców.
To znaczy, że ktoś, kto jest homoseksualistą, jest nim dlatego, że został źle wychowany?
Tak uważam.
Był Pan na Światowych Dniach Młodzieży. Jak Pan odebrał to, co papież mówił o uchodźcach?
Jesteśmy zawiedzeni. On mówi tylko to, co nakazuje wiara, ale według nas nie do końca bierze pod uwagę zasadę ordo caritatis, czyli porządek miłości, mówiącą o tym, że najpierw trzeba troszczyć się o rodzinę i kraj, a potem o resztę. Poza tym to, co głosi papież, to jego nauka społeczna – pocieszamy się, że nieomylność dotyczy tylko kwestii wiary. W pozostałych, jak każdy człowiek, może się mylić.
Studiuje Pan na UW…
Kończę licencjat.
…Myśli Pan o tym, co organizacja, do której dziedzictwa odwołuje się ta, do której Pan należy, robiła w latach 30.?
Proszę pani, w latach 30. na ulicach jedni strzelali do drugich. Bojówki komunistyczne zresztą…
Pytam też o numerus clausus i getto ławkowe.
Jestem w stanie zrozumieć, że dla Polaków liczna mniejszość żydowska na uniwersytetach to był problem. Że dostawała wiele przywilejów, a zdolni Polacy nie.
Nie dostawała przywilejów – miała zagwarantowaną w konstytucji marcowej równość praw, w tym do studiowania.
Mogli sobie na to pozwolić ze względu na dobre usytuowanie, a Polacy nie.
Według spisu powszechnego z 1931 r. nieliczni Żydzi byli właścicielami majątków ziemskich. Prawie 70 proc. utrzymywało się z drobnego handlu i rzemiosła. Niewielu pracowało w przemyśle, zaledwie 2,6 proc. w administracji. Żydowscy studenci w międzywojniu wywodzili się z różnych warstw społecznych. Mówi Pan, że bicie brało się z tego, że byli na uniwersytetach, bo było ich stać, a polskich studentów nie i odpowiedzią była przemoc? Studenci żydowscy stanowili 20-25 proc. studentów. Czyli mniejszość.
Ta liczba rosła i nie dziwię się, że Polacy się buntowali i chcieli w swoim kraju mieć większy dostęp do szkolnictwa wyższego.
A Żydzi nie byli we własnym kraju?
Ale to dalej byli Żydzi. Mieli obywatelstwo polskie, ale do polskości za bardzo się nie poczuwali.
Skąd Pan to wie?
Dla nich przede wszystkim, zresztą do tej pory tak jest, najważniejszym punktem odniesienia była przynależność do społeczności żydowskiej.
Nie słyszał Pan o asymilacji? O Żydach-patriotach? O tych, którzy służyli w Wojsku Polskim?
To nie zmienia postaci rzeczy, że Polacy chcieli, żeby w ich kraju to jednak rodacy mieli dostęp do tego, co im się należy.
I pałka i pięści były do tego środkiem?
W tamtych czasach tak rozwiązywało się te sprawy. Teraz tak nie jest. Nikt z czystej nienawiści nie chce mordować kogoś – np. Żyda – tylko dlatego, że jest Żydem. Ludzie sobie tak mogą krzyczeć albo pisać w sieci, ale to się nie przełoży na czyny raczej.
Raczej?
Raczej. I tyle.
Nie uspokaja mnie ta deklaracja.
Dopóki te grupy nie stanowią zagrożenia dla Polski, dopóty nie mają się czego bać.
Jaka byłaby Polska, której Pan chce?
Wielka i katolicka. Miałaby się opierać na dobrze zorganizowanym narodzie, gotowym do wspólnego wysiłku na rzecz budowy swojej ojczyzny. Miałaby silną armię i gospodarkę, byłaby silna swoim narodem, dobrze wykształconym, pracowitym, wyszkolonym, by bronić ojczyzny, kiedy jest taka potrzeba, ale też dbać o nią na co dzień, np. płacąc podatki, będąc nieobojętnym na to, że komuś obok dzieje się krzywda. Ta Polska opierałaby się na wartościach chrześcijańskich, poszanowaniu dla życia ludzkiego i rodziny jako podstawowej komórki narodu. Na gotowości do ofiarowania życia za ojczyznę i na zdolności do poświęceń, jeżeli tego akurat będzie wymagała sytuacja.
A co z osobami innego wyznania? Z ateistami?
Nie każemy im zmieniać wiary, możemy nauczać, przekonywać, zachęcać, ewangelizować. Potem po śmierci każdego człowieka Bóg ze wszystkiego rozlicza. Ale taki ktoś musi szanować i przestrzegać naszych zasad.
A co z mniejszościami etnicznymi? Są częścią tej wspólnoty czy nie?
No, nikt Ślązaków np. nie wykluczył, nikt nie wykluczy też społeczności tatarskiej.
A żydowskiej? Wietnamskiej?
Roman Dmowski powiedział, że Polakiem może być ten, kto na pierwszym miejscu stawia interes i dobro narodu polskiego. Jeżeli to jest dla niego punkt odniesienia, to wtedy może określać się Polakiem.
Jak wyglądałby ład międzynarodowy, gdyby każde państwo przyjęło taką filozofię?
Nacjonalizm nie jest szowinizmem. Jest stawianiem na pierwszym miejscu swojego narodu. W stosunkach międzynarodowych to wygląda trochę inaczej. Można tak prowadzić politykę zagraniczną, by o tym pamiętać, ale też prowadzić interesy z innymi.
Mam na myśli co innego: jaki kraj umiał prowadzić politykę, w której na pierwszym miejscu byłby interes narodu, nie wchodząc w konflikty zbrojne z innym państwem o takiej filozofii. Zna Pan takie przypadki?
Myślę, że to da się pogodzić, zawsze powtarzam: trzeba prowadzić dialog i czasem iść na ustępstwa.
Czyli np. oddać Niemcom, gdyby chcieli, Wrocław?
Nie, absolutnie.
Dlaczego, przecież to jest ich interes narodowy, ich ziemia?
Naszym interesem narodowym powinno być odebranie Wilna i Lwowa, Brześcia itd., ale przecież nikt tego teraz nie podniesie. Choć trzeba też pamiętać: granice nie są dane raz na zawsze, tyle lat pokoju nie znaczy, że wojna kiedyś nie wróci.
Młodzież Wszechpolska włączy się w Obronę Terytorialną?
Wielu kolegów już w niej działa, są też w Strzelcu czy innych organizacjach. Wielu służy w wojsku jako żołnierze zawodowi i jako oficerowie. Do MW należą naprawdę różni ludzie, są osoby, które pracują na uczelniach, prawnicy, lekarze, rolnicy. Wszyscy, którym zależy na dobru kraju.
A co to jest patriotyzm?
Odróżniamy patriotyzm od nacjonalizmu. Patriotyzm jest czymś chwilowym, pewnego rodzaju uniesieniem, emocją, która wykwita, kiedy sprzyjają ku temu warunki. Nacjonalizm jest stanem trwałym i przekłada się na rzeczywistą pracę, którą dana osoba wykonuje na rzecz narodu.
Można być polskim patriotą, jeśli ma się skórę inną niż białą?
Przyznam szczerze, że ja nad tą kwestią się nigdy nie zastanawiałem, bo wchodzi tu jeszcze pojęcie rasy. Naród polski jest rasą białą. Ale jeżeli ktoś innego koloru skóry poczuwa się do tego i np. byłby w stanie oddać życie za Polskę, to myślę, że nie moglibyśmy mu odmówić prawa do bycia patriotą.
Tylko przelewając krew udowodniłby swoje poświęcenie? Nie może tego dowieść w warunkach pokoju? Ale dobrze, zostańmy przy krwi. Czy honorowy dawca zasłużyłby swoim poświęceniem?
Jeżeli ktoś innego wyznania lub koloru skóry oddaje krew, to mógłbym przyjąć, gdybym potrzebował. Ale jak on oddaje tę krew, to nikt z nas nie wie, komu ona zostanie podana… no to jest trochę co innego, niż zginąć, zasłaniając kogoś piersią.
Ta jednorodność, o której Pan wcześniej mówił, nigdy tu nie istniała. Historia Polski to historia różnorodności – kultur, języków, religii, grup etnicznych. Ras również.
Nie istniała do końca, ale Polska przez swoje zdrowe podejście zachowała jednolitość, chociaż różni ludzie się tu przewijali.
Nie przewijali się: żyli tutaj. A jednorodność „udała się” z powodu wojny i jej następstw.
Różnorodność przed wojną przysparzała wielu problemów, konflikty były duże, a jednak nie było u nas nocy kryształowej.
Ale były pogromy.
Bez przesady. Nie da się tego porównać do sytuacji w Niemczech. W historii każdego narodu zdarzają się sytuacje, z których nie jest się dumnym, ale powtarzam – takie były czasy i widocznie tak trzeba było.
A jest coś w Polsce po 1989 r., z czego jest Pan dumny?
Na pewno z tego, że w ostatnich latach obudziła się świadomość narodowa, coraz mniej ludzi zapatrzonych jest w Zachód, a zaczyna widzieć wartość tego, co polskie. Ale też dostrzega swoje wady i z nimi walczy.
Jakie są te wady narodowe?
Bezczynność chociażby, brak zaangażowania społecznego, np. to, że ludzie nie poczuwają się do tego, żeby iść głosować.
Ja również uważam, że udział w wyborach jest patriotycznym obowiązkiem. Tylko że dla mnie poza tym to poczucie wspólnoty z tymi, którzy tu żyją, i pamięć o tych, którzy żyli tu w przeszłości. To praca na jej rzecz, materialna i symboliczna. To szacunek dla demokracji, opartej na równości wszystkich obywateli. A Pan powiedział, że podpisałby się pod słowami swojego szefa, że „liberalna demokracja to nowotwór”.
Tak.
To co zamiast liberalnej demokracji?
Narodowa.
To znaczy?
Demokracja, w której rzeczywistym odnośnikiem jest naród i wola narodu, a nie poddawanie się, uginanie kolan przed wszelakimi mniejszościami. Macie żyć tak, jak my żyjemy.
„My” – chcą Państwo decydować o tym, kogo do wspólnoty można zaliczyć. Ja uważam, że „my” to też koleżanka lesbijka, i kolega, który jest Żydem, i Wietnamczyk, i ateista…
I oni wszyscy powinni się dostosować do prawa i zwyczajów, jakie tu funkcjonują.
Myślę, że to musiałoby być dla Pana bardzo trudne, gdyby się Pan zakochał w osobie, która nie pasuje do wzoru.
Nie grozi mi to. Nigdy nie miałem takiej sytuacji. Nigdy nie czułem zauroczenia w stosunku do kogoś o innym kolorze skóry czy wyznaniu. I raczej mnie to nie dotknie.
Jest Pan szczęśliwym człowiekiem?
Tak.
A co sprawia, że może Pan tak o sobie powiedzieć?
To, co robię, jakie wiodę życie, daje mi to poczucie: że służę w życiu tak, jak najlepiej potrafię.
A we mnie, jeśli miałabym uosabiać „tamtą stronę”, co Pana najbardziej wkurza?
Wolność słowa. A raczej to, że uznaliście, że macie na nią wyłączność i możecie decydować, co ludzie mają prawo myśleć i mówić.
Przecież Państwo mówicie swoje. Nam chodzi o granicę – jest nią artykuł 13 konstytucji.
Nie znam jej na pamięć.
„Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową i narodowościową, stosowanie przemocy w celu zdobycia władzy lub wpływu na politykę państwa albo przewiduje utajnienie struktur lub członkostwa”.
My nie nawołujemy do przemocy, mówiłem pani – tamte hasła to tylko przypomnienie historycznych kontekstów.
Ataki na Romów, obcokrajowców w Białymstoku, palenie kukły Żyda też mają historyczny kontekst?
Jakieś ataki, jeśli się zdarzają…
Sytuacje, o których mówię, miały i mają miejsce.
…jeśli się zdarzają, to marginalnie.
Przemoc to rozwiązanie?
Niektórzy sądzą, że tak.
A Pan?
Czasem jest konieczna – kiedy ludzie czują się zagrożeni, państwo nie zapewnia im bezpieczeństwa, a sytuacja skłania do takich aktów.
Według mnie kreuje ją Państwa retoryka: wskazywanie wrogów ojczyzny, z którymi trzeba walczyć.
Ale gdybyśmy o tym nie mówili, wy mówilibyście: wszyscy są naszymi przyjaciółmi. A nie wszyscy są, nie można stracić czujności. Trzeba mieć bezpiecznik, są nimi organizacje narodowe, które mówią głośno to, czego inni boją się powiedzieć.
Właśnie to mnie w Państwa wizji świata przeraża – wrogość i nieufność, na których się opiera ten ład. Zostanę więc pewnie nadal wrogiem ojczyzny, jak pisali do mnie ludzie, którzy sami siebie nazywają narodowcami.
Dla nas postawy, które pani wyznaje, szkodzą Polsce i Polakom.
Wyklucza mnie Pan w ten sposób ze wspólnoty, której czuję się członkinią.
No dobrze, ale nikt pani przecież nie każe wyjeżdżać.
Mam tylko dostosować się do Waszych reguł?
Do zasad, które uznajemy za słuszne, i które są słuszne.
A na początku rozmowy próbował mnie Pan przekonać, że byłoby tu i dla mnie miejsce.
Wystarczy się dostosować – a będzie. ©
Sauce: https://www.tygodnikpowszechny.pl/macie-zyc-tak-jak-my-zyjemy-35214
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.05.29 12:51 SoleWanderer Wszyscy jesteśmy z Radomia

Wszyscy jesteśmy z Radomia. Dlaczego drugie pod względem wielkości miasto na Mazowszu stało się stolicą obciachu? Mateusz Witkowski Podziel się 785 Tweetnij
Symbol "cebulactwa" i polskiego zacofania. A przy okazji: ponaddwustutysięczny ośrodek, który ma szansę stać się stolicą województwa. Radom już dawno jest w opinii Polaków drugim Wąchockiem, miastem jak z dowcipu. Czy zasłużenie? Najspokojniejsze lotnisko świata
Zacznijmy od przedmieść, a dokładniej: od znajdującego się na południowy wschód od centrum portu lotniczego. Radom pozazdrościł największym miastom w Polsce i od 2014 roku może się poszczycić własnym lotniskiem. No, może „poszczycić” to nie do końca odpowiednie sformułowanie.
Tutejszy port z miejsca stał się wdzięcznym tematem żartów. No bo jak to brzmi: „Lotnisko w Radomiu”? Kto w ogóle chciałby tam latać? Zresztą fakty nie kłamią. Ów przybytek jest bodaj najbardziej opustoszałym miejscem tego typu w całym kraju. Pomysł zbudowania portu lotniczego w Rzeszowie, owszem, wydawał się kuriozalny. Wystarczy jednak rzucić okiem na statystyki, żeby zorientować się, że władze stolicy Podkarpacia miały rację. Stopniowo zwiększająca się liczba pasażerów oraz miejsc, do których można stamtąd polecieć, mówią same za siebie. Dla porównania: w zeszłym roku w Rzeszowie obsłużono 645 tysięcy podróżnych. W Radomiu: 500.
Wjeżdżamy na parking, po którym z mozołem przemieszcza się elka. To świetne miejsce dla niedoświadczonych kierowców. Ruch samochodowy bowiem niemalże tu nie istnieje. Kilka aut (należących prawdopodobnie do pracowników lotniska) i my. Na horyzoncie świeża trawa i ani pół samolotu. Trzeba mieć spore szczęście, żeby na nie trafić. Lotnisko w najlepszym wypadku obsługuje zaledwie kilka kursów dziennie. Z Radomia można dostać się do Wrocławia, Gdańska, Pragi i Berlina. Bywają dni, w których startuje stąd jeden samolot (w soboty natomiast ruch kompletnie ustaje).
Jak widać, ktoś już tu był przed nami (fot. Damian Dziura) Jak widać, ktoś już tu był przed nami (fot. Damian Dziura) Wewnątrz świeżo, higienicznie i rzecz jasna pusto. W hali lotniska znajduje się jeden kiosk i jedna kawiarenka. Obsługa portu wygląda jak wyrwana z zimowego snu. Widok ludzi wyraźnie wprawia ich w skonfundowanie. Mam ochotę podejść i zapytać, czy zawsze jest tu tak spokojnie, ale nie chcę wyjść na złośliwca, który przerywa odpoczynek.
Ruszamy w stronę miasta, przejeżdżając obok „majestatycznych” pastelowych bloków. Mijamy jeszcze samochód należący do ochrony lotniska - prawdopodobnie najmniej zapracowanych ludzi w całym Radomiu. A więc ta beka nie wzięła się znikąd - myślę.
Na lotnisku w Radomiu można odnaleźć spokój (fot. Damian Dziura) Na lotnisku w Radomiu można odnaleźć spokój (fot. Damian Dziura) Specyficzny stan umysłu
Parkujemy w okolicach rynku. Przynajmniej tak wynika z mapy. Po lewej stronie posępny zakład pogrzebowy Exodus, po prawej natomiast pełniący te same usługi Hades. Mało zachęcające powitanie. Nie ma się jednak co zrażać. W końcu historyczne centra, choćby i nawet wchodziły w skład miast całkowicie paskudnych, niemal zawsze mają w sobie sporo uroku.
Przemykamy obok okupowanego przez lokalsów pubu U Jana i już jesteśmy w rynku. Nie wskazuje na to jednak nic poza tabliczką z nazwą ulicy i Google Maps. To zupełnie zaniedbany plac z rozsypującymi się kamieniczkami, niepamiętającymi już nawet czasów swojej młodości. Choć niemal w całości wyłożony jest kostką brukową, w niektórych miejscach jakby jej zabrakło, przez co rynek straszy wypełnionymi piaskiem szczerbami.
Po lewej Exodus, po prawej Hades (fot. Damian Dziura) Po lewej Exodus, po prawej Hades (fot. Damian Dziura) W centralnym punkcie: pomnik Czynu Legionów. Gdzieś w tle dzieciaki grają w tzw. siatkonogę. Nieliczne ławeczki są zajęte przez starsze osoby oraz mocno wprawionych już w rozrywkowy nastrój tutejszych.
Na jednej z pierzei rynku - nijak nieprzystające do całości obrazka Muzeum im. Jacka Malczewskiego. Na przeciwległej ścianie: neorenesansowy ratusz. Stężenie alkoholu w powietrzu - około 38 procent i na oko ani jednego turysty.
Blisko nas parkuje biały opel astra. Wewnątrz pan w tzw. sportowej odzieży, obok jego oblubienica. Pan odbiera telefon od swojej mordeczki, po czym rusza z piskiem ku sprawom ważniejszym niż niedzielny relaks.
Tu mieści się pub u Jana (fot. Damian Dziura) Tu mieści się pub U Jana (fot. Damian Dziura) Nie wiemy, jakim stanem umysłu jest Radom, jest to jednak stan, ujmijmy to delikatnie, specyficzny.
Nadbałtycki kurort bez morza
Ruszamy dalej, osłupieni marazmem radomskiego rynku. Zresztą nie ma się co czepiać. Jak przystało na miasto będące „stanem umysłu”, kwestia historycznego centrum jest tu nieco bardziej skomplikowana. Owszem, to tu znajdowało się kiedyś tzw. Stare Miasto, centrum zostało jednak przesunięte nieco na wschód. Dlatego też rynek i okolice, pełne mieszkań komunalnych, w których - jak dowiedziałem się od mieszkańców - rezydują w dużej mierze dość krewcy i niebezpieczni obywatele, zostały przez władze kompletnie zaniedbane i straszą przyjezdnych.
Ruszamy w stronę ulicy Żeromskiego, głównego deptaka w mieście, pełniącego funkcję prawdziwego starego centrum. Ulica Rwańska, przez którą przechodzimy, ma w sobie mniej więcej tyle uroku co rynek. O ironio, znajduje się tu jedna z dwóch placówek Centrum Informacji Turystycznej. Przypomina mi się grafika, na którą trafiłem wcześniej na Facebooku. Całkiem słusznie: choć jest niedzielne wczesne popołudnie, punkt jest zamknięty.
(źródło: Memy.pl) (źródło: Memy.pl) Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu. Za chwilę sytuacja jednak się odmienia. Przechodzimy obok pomnika Lecha i Marii Kaczyńskich, którego formy, przez szacunek dla zmarłych, nie będę komentował. Jesteśmy już na Żeromskiego. Akurat trwa Festiwal Sztuki Ulicznej. Bębniarze, tancerze, iluzjoniści, kataryniarz z siedzącą na ramieniu arą.
Atmosfera fiesty i wypoczynku. Dzieciaki wymachują radośnie wypełnionymi helem balonikami z wizerunkiem Minionków, wiruje różowa wata cukrowa, w powietrzu czuć słodki zapach ciasta na gofry. Trudno się przecisnąć, tym bardziej że każdy krok grozi zderzeniem z gokartami, które można wypożyczyć nieopodal.
Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu (fot. Damian Dziura) Smutek i stagnacja, której przed chwilą doświadczyliśmy, każą sądzić, że Radom jest miastem zbudowanym jakby na Księżycu (fot. Damian Dziura) Atmosfera zmienia się diametralnie, jakbyśmy przeszli na Rwańskiej przez drzwi do innego wymiaru. Ulica Żeromskiego przypomina nadbałtycki kurort, wciśnięty pomiędzy szpaler całkiem urodziwych dziewiętnastowiecznych kamieniczek. A więc zależnie od preferencji - pełna błogość lub kompletny koszmar. Niezależnie od osądów: ktoś tutaj mieszka.
Wszystko przez „Chytrą Babę”?
Choć warunki do rozmowy nie są najlepsze (za naszymi plecami koncert daje właśnie grupa bębniarzy), staram się zasięgnąć informacji u mieszkańców. Dyskretnie, z odpowiednią dozą delikatności. W końcu nikt nie lubi pytań w rodzaju: „Ej, czemu z was się tak wszyscy śmieją?”
Zaczynam od dwóch nastolatków, którzy przystanęli tu na chwilę, by obserwować uliczne zamieszanie. Są uprzejmi, choć wyraźnie niezadowoleni. Najwyraźniej przerabiali to już wiele razy. Zaczyna wyższy z nich: - No tak, w kółko coś się o nas mówi. Kiedyś więcej się wspominało o Sosnowcu, Wałbrzychu. Teraz tylko: Radom, Radom, Radom. W sumie to trochę przykre, bo miasto nie jest najgorsze. To ważne: w końcu licealiści prezentują zwykle postawę w rodzaju: „Tylko zrobię maturę i wyjeżdżam z tej dziury”.
Drzwi radomskich budynków prawdopodobnie nie staną się, jak w przypadku Dublina, bohaterami pocztówek (fot. Damian Dziura) Drzwi radomskich budynków prawdopodobnie nie staną się, jak w przypadku Dublina, bohaterami pocztówek (fot. Damian Dziura) Drugi z nich, wyżelowany chłopak w adidasach, dodaje: - Też nie wiem w sumie, skąd się to wzięło. Miasto jak miasto, nie jest jakieś najmniejsze lub najbrzydsze. Pierwszy doznaje jednak olśnienia: - Boże, wiem, kiedy to się tak naprawdę zaczęło. Chodzi o „Chytrą Babę z Radomia”. Wcześniej właściwie nikt o nas nie wspominał, ale od tego czasu... masakra.
Niezorientowanym w kwestiach internetowych mód i wszelkiej maści memów należy się wyjaśnienie. W 2012 roku w Radomiu zorganizowano miejską wigilię. Uczestnicy mieli do dyspozycji poczęstunek i napoje. Jedna z pań obecnych przy wigilijnym stole poczekała na swoją kolej i zabrała ze sobą aż trzy butelki napoju, prawdopodobnie wbrew oczekiwaniom organizatorów. Zdarzenie Pobierz z Rapideo.pl zarejestrowały kamery. - Słyszałem, że ona to brała dla jakichś krewnych czy coś. W sumie możliwe - stwierdził jeden z chłopaków. Internet, jak to zwykle bywa, okazał się jednak bezlitosny. Zdarzenie zaowocowało serią grafik i przeróbek, a do Radomia, być może już na dobre, przylgnęła etykieta stolicy „cebulactwa”.
Pomnik Sashy Grey
Radom, jako znak tego, co podłe i gorsze, zyskał sobie w internecie sporą popularność. Uwagę przykuwa facebookowy fanpage „Polska Radomiem Europy”. Przed wyjazdem na Mazowsze wysłałem właścicielowi strony prywatną wiadomość. Chciałem dowiedzieć się, co to tak naprawdę znaczy „Radom Europy” i jakie skojarzenia spowodowały, że fanpage ma taką, a nie inną nazwę.
Jak się dowiedziałem: Tego hasła oczywiście nie można traktować do końca poważnie, jednak w świadomości wielu ludzi Radom funkcjonuje jako miasto, w którym żyje duża liczba dresiarzy, kiboli, chuliganów. Sam, będąc tam kilkakrotnie, napotykałem na dość dziwaczne sytuacje z nimi związane. Również moi znajomi pochodzący z Radomia nigdy nie zaprzeczali, że panowie w sportowych ubraniach i białych czapeczkach stanowią znaczący element krajobrazu tego miasta.
Na fanpage'u można znaleźć rozmaite żarty z szeroko pojętej Polski B. Zamieszczone zdjęcia i grafiki nie pochodzą rzecz jasna tylko i wyłącznie z drugiego pod względem wielkości miasta w województwie mazowieckim. - Absurdalne rzeczy dzieją się praktycznie w każdej części naszego kraju, tym samym podważając sens traktowania stereotypów w całkowicie poważny sposób - mówi admin strony. Przeniesienie ciężaru z gruntu lokalnego na ogólnokrajowy zapala pewną lampkę.
Mieszkańcy Radomia wszystko mają pod ręką (fot. Damian Dziura) Mieszkańcy Radomia wszystko mają pod ręką (fot. Damian Dziura) O tym jednak później. W międzyczasie przychodzi mi na myśl inicjatywa, o której głośno było kilka lat temu. Mowa o zamiarze wybudowania w Radomiu pomnika Sashy Grey, znanej gwiazdy porno. O absurdalnym pomyśle pisano między innymi w polskiej edycji „Playboya”. Idea znalazła prawie osiemnaście tysięcy zwolenników.
Choć spodziewałem się, że adminem fanpage'a Komitet budowy pomnika Sashy Grey w Radomiu jest osoba, która posłużyła się nazwą miasta dla żartu, okazuje się, że mam do czynienia z rodowitym radomianinem. Gdy pytam o stereotypy związane z jego miejscem pochodzenia, odpowiada: - Każde miasto ma jakąś chytrą babę. Sam Radom natomiast to miejsce jak każde inne. Dodaje jednak, że sporo winy za dość kiepski PR miasta ponoszą sami mieszkańcy: - Gdy radomianie mają gości, to omijają miejsca, które powinni im pokazać, szerokim łukiem. Wiesz gdzie ich zabierają? Na zapiekanki na ulicę Moniuszki, gdzie „sprzedaje” się historie o tym, jakie to klasyczne miejsce z trzydziestoletnią tradycją.
„Jak Warszawa się śmieje, to wszyscy podłapują”
Rezygnujemy jednak z zapiekanek i wybieramy jedną z pobliskich spaghetterii. To, co nam serwują, okazuje się jednak dość fantazyjną interpretacją kuchni włoskiej. Całość nurza się w zawiesistym sosie, w skład którego wchodzi zielony groszek. Na ladzie stoją rzędem słoiczki z podziurawionymi wieczkami. To pojemniki na przyprawy. Najprawdopodobniej miały sprawić, że poczujemy się tu nieco bardziej swojsko. Nic z tego. Opuszczamy lokal z niepokojem w żołądkach.
Słynny w mieście neon zamkniętego już dawno temu sklepu Słynny w mieście neon zamkniętego już dawno temu sklepu "Kasia" (fot. Damian Dziura) Choć w okolicy znajduje się kilka godnych uwagi zabytków w rodzaju klasztoru Bernardynów, postanawiamy pozwiedzać miasto trochę na opak. Konsultuję się z pochodzącą stąd znajomą w sprawie miejsc, które niekoniecznie pasują do stereotypu Radomia.
Nie należy do nich na pewno zalew na Borkach, gdzie w sezonie można kontemplować rumiane piwne brzuszki tutejszych mieszkańców. Ani tereny byłej Fabryki Broni „Łucznik”, które - choć stanowią swego rodzaju miasto w mieście - raczej świadczą o tym, że Radom nie radzi sobie ze swoim postindustrialnym statusem (znajdują się tu między innymi dość szemrane kluby taneczne).
W końcu jest! Prawdziwa perełka. Dawny budynek miejskiej elektrowni został przekształcony w siedzibę Mazowieckiego Centrum Sztuki Współczesnej. To bardzo dobry przykład tego, w jaki sposób rewitalizować pozornie bezużyteczne już budynki (więcej na ten temat pisał w Weekendzie Filip Springer).
Zagaduję pana w średnim wieku, który prowadzi rower wzdłuż ulicy. O co chodzi z tym stereotypem? - A to ta warszawka cała. Śmieją się z nas od zawsze, jak z takich ubogich krewnych - mówi. - A jak Warszawa się śmieje, to wszyscy to podłapują - co zrobić, stolica. SMS do znajomej: Najbardziej warszawskie miejsce w Radomiu? Odpowiedź przychodzi niebawem: Kawiarnia Czytelnia Kawy.
Warchoły i czarne owce
Kawiarnia jest ukryta we wnęce przy ulicy Curie-Skłodowskiej. Teoretycznie wszystko się zgadza: modny wystrój, masa książek, przemiła obsługa. I ani żywej duszy - oczywiście poza barmanką i kilkorgiem jej znajomych. Gdy podpytuję o popularność lokalu, dowiaduję się, że zostanie on niebawem zamknięty. To i tak cud, że utrzymał się w tym otoczeniu aż siedem lat.
Ulica Rwańska prowadzi do Ulica Rwańska prowadzi do "lepszego" Radomia (fot. Damian Dziura) Jak twierdzi Ziemowit Szczerek, pisarz i dziennikarz, zdobywca Paszportu „Polityki”, który wychował się w mieście numer dwa na Mazowszu: - Gęba Radomia jako kogoś gorszego pochodzi jeszcze z okresu międzywojnia. Wówczas powstała droga, która łączyła miasto ze stolicą. Złota warszawska młodzież mogła testować na trasie swoje nowe maszyny, gdyż była to w tamtym czasie właściwie jedyna w okolicy szosa z prawdziwego zdarzenia. Do Radomia jeździło się więc pobawić.
Damian Maciąg ze stowarzyszenia „Kocham Radom” zwraca uwagę na nieco inne przyczyny. Jego zdaniem dzisiejszy wizerunek Radomia to wynik reakcji władz komunistycznych na wydarzenia Czerwca 1976: - Sam Gierek to zapowiedział: „Powiedz tym swoim radomianom, że ja mam ich wszystkich w dupie i te wszystkie działania też mam w dupie. Zrobiliście taką rozróbę i chcecie, by to łagodnie potraktować? To warchoły, ja im tego nie zapomnę”. „To musi być atmosfera pokazywania na nich jak na czarne owce, jak na ludzi, którzy powinni się wstydzić, że w ogóle są Polakami”. Odwet władz komunistycznych polegał nie tylko na szeptanej propagandzie, że Radom to warcholstwo i grajdoł, ale też na realnym wstrzymaniu inwestycji.
Nie ulega wątpliwości, że mamy tu również do czynienia z klasyczną animozją „centrum a prowincja”. Mieszkańcy stolicy śmieją się z radomian (zagadnięty przeze mnie znajomy warszawiak odpowiada: No weź posłuchaj, jak niektórzy z nich mówią...), ci natomiast patrzą z zawiścią na wygodnych warszawiaków.
„Łatwo śmiać się z Radomia”
Mieszkańcy Radomia niespecjalnie dbają zresztą o swój wizerunek. Dziewczyna rozdająca ulotki na Żeromskiego mówi mi: - Masa moich znajomych wyprowadziła się do Wawy. Z tego, co widzę, to zamiast w jakiś sposób bronić swojego miasta, dołączają do ogólnej beki, razem z warszawiakami. Odcinają się zupełnie, mówią: „Dobrze, że już nie mieszkam na tym zadupiu”, jakby chcieli się wkupić w czyjeś łaski. Przecież w Warszawie prawie nikt nie jest z Warszawy i gdyby się chciało tropić „słoików”, to byłoby w czym wybierać. Po prostu śmiać się z Radomia jest łatwo, bo wszyscy od razu to rozumieją.
Już wiemy, skąd bierze się spora część tutejszych szyldów (fot. Damian Dziura) Już wiemy, skąd bierze się spora część tutejszych szyldów (fot. Damian Dziura) Zgadza się z tym admin wspomnianego „Komitetu budowy pomnika Sashy Grey”: - Zauważ, że sami radomianie, zamiast robić wszystko, żeby promować miasto jako fajne miejsce, robią profile z tzw. beką.
Reprodukowanie takiego, a nie innego stereotypu może mieć duży wpływ na odbiór Radomia, nawet w przypadku osób, które mają z miastem sporo wspólnego. - Byłem tam jakieś dwa tygodnie temu, kręciłem się samochodem po mieście i okolicach. W pewnym momencie zacząłem się zastanawiać: to naprawdę wygląda tak źle, czy może jestem już uprzedzony? - mówi Ziemowit Szczerek.
Miasto jak każde inne?
Muszę się do czegoś przyznać. Od początku droczę się z Tobą, Drogi Czytelniku. Celowo oglądam otoczenie przez „bekowy” filtr. Wyśmiewane przeze mnie na początku Stare Miasto nie jest przecież Starym Miastem z prawdziwego zdarzenia. Radom może poszczycić się unikatowym układem przestrzennym - wystarczy rzut oka na mapę, aby prześledzić, jak miasto ewoluowało od średniowiecznego grodu do dzisiejszego kształtu.
Mogę rzecz jasna opisać widok wyjeżdżającego z ulicy Wałowej autobusu, który miał otwartą klapę od silnika, podtrzymywaną przy pomocy plastikowej butelki. Pominę wówczas jednak, że po mieście kursują wte i we wte eleganckie Solarisy Urbino.
Mogę też wspomnieć o okalających centrum bloczyskach (o którym z większych miast nie da się powiedzieć tego samego?) i przemilczeć, że sporo tu terenów zielonych, w rodzaju Parku Gołębiów, które pozwoliły nam ukryć się na chwilę przed wiosenno-letnim upałem. Zamiast rozpisywać się nad dziwną odmianą kuchni fusion, jaką napotkaliśmy we wspomnianej spaghetterii, mógłbym napomknąć o licznych kawiarniach i cukierniach znajdujących się w okolicach głównego deptaka.
Dworzec PKS jest, owszem, raczej brudny i obskurny, ale czy ten stan rzeczy można uważać w skali krajowej za ewenement? A może lepiej skupić się na znajdującym się obok gmachu dworca kolejowego z 1885 roku, przebudowanym w międzywojniu na modłę renesansu polskiego, uważanego wówczas za polski styl narodowy?
Zarówno budynek PKS-u, jak i pojawiające się tu pojazdy, pamiętają czasy PRL-u (fot. Damian Dziura) Zarówno budynek PKS-u, jak i pojawiające się tu pojazdy, pamiętają czasy PRL-u (fot. Damian Dziura) A skoro w Radomiu nie ma nic do oglądania, jak mówi mi para w średnim wieku, spotkana w okolicach dworca, to dlaczego pracownik Centrum Informacji Turystycznej, z którym rozmawiam telefonicznie po powrocie, wymienia na jednym oddechu atrakcje miasta. Największy zbiór prac Jacka Malczewskiego w Polsce, wspomniane wcześniej Mazowieckie Centrum Sztuki Współczesnej, unikatowy skansen w postaci Muzeum Wsi Radomskiej. Do tego funkcjonujący od 40 lat Teatr Powszechny. A więc to chyba nie jest aż taka dziura, jak byśmy tego chcieli?
Bezrobocie i brak tożsamości
Nie popadajmy jednak w skrajności. Radom ma swoje, dość poważne, problemy. Należy do nich choćby wysokie bezrobocie. Wedle danych Mazowieckiego Obserwatorium Rynku Pracy pod koniec marca wynosiło ono w przypadku miasta ok. 15-20 proc. (w powiecie radomskim aż 20-25 proc.). Bliskość Warszawy (blisko godzina jazdy samochodem) sprawia, że coraz trudniej zatrzymać w mieście młodych.
PODPIS (fot. Damian Dziura) Kino "Atlantic" zostało zamknięte dekadę temu (fot. Damian Dziura) Problemem może być również historia miasta. Radom znajduje się w historycznej Małopolsce, dziś należy z kolei do Mazowsza. Bliżej mu natomiast do ziemi sandomierskiej, o czym świadczy swoisty „kult Jana Kochanowskiego”, o którym mówi mi pracownik Centrum Informacji Turystycznej. - Ta mieszanka sprawia, że trudno mówić w wypadku Radomia o wytworzeniu się jakiejś historycznie zakorzenionej, regionalnej tożsamości - twierdzi Szczerek.
Dodajmy do tego kłopotliwe położenie. Na północy stolica, z którą z jasnych przyczyn ciężko się równać i która „zasysa” pieniądze przeznaczone dla całego regionu (ostatnimi czasy znów głośno było o oddzieleniu Warszawy od województwa mazowieckiego - rolę wojewódzkiej siedziby przejąłby właśnie Radom). Na południu, w podobnej odległości, rozwijające się w dość dynamiczny sposób Kielce.
Lektura forów, na których porusza się temat miasta, daje do myślenia. Przyczyną niezadowolenia z miejsca własnego pochodzenia mogą być aspiracje niedopasowane do możliwości. Choć Warszawa pozostaje poza zasięgiem, radomianie, ku własnej frustracji, sięgają po porównania z Wrocławiem czy Krakowem, miastami zdecydowanie większymi, będącymi stolicami własnych regionów. Przeglądając dotyczące Radomia memy i grafiki, natrafiam na zdjęcie ruin znajdujących się w Parku im. Tadeusza Kościuszki. Napis głosi: Radom - jakie miasto, taki zamek. Teraz nie musimy już jeździć do Krakowa. W porządku, Wawel to nie jest. Tylko co z tego?
(źródło: Demotywatory.pl) (źródło: Demotywatory.pl) Z samych siebie się śmiejemy
W tym rzecz. To drugie miasto w województwie nie jest żadnym tam ewenementem. Rynek pracy i przestrzeń miejska cierpią tu na te same bolączki, co inne większe polskie ośrodki. Radom to po prostu skumulowana przeciętność: ani olśniewający, ani odpychający, ani zaniedbany, ani dopracowany w każdym szczególe. Wszechobecna szyldoza, bloki wokół centrum, sporo „dresów”, nieszczególnie gustowne elewacje - czy nie jest to coś, co możemy powiedzieć o dowolnym mieście w kraju?
Ktoś jednak musi pełnić rolę kozła ofiarnego. Patrząc na Radom, patrzymy tak naprawdę na naszą przeciętność, którą chcemy wyprzeć i wyśmiać. Zrzucamy tym samym jarzmo „cebulactwa”, a przynajmniej tak nam się wydaje. W rzeczywistości bowiem chodzi tylko i wyłącznie o kompleksy umoszczone w głowie już na dobre. Śmiejąc się z mazowieckiego miasta, pamiętajmy, że - jak u Gogola - z samych siebie się śmiejemy.
Przykład radomskiej Przykład radomskiej "szyldozy", charakterystycznej niestety dla całego kraju (fot. Damian Dziura) A żeby sięgnąć po nieco nowszą literaturę, przytoczę fragment „Siódemki”, powieści Ziemowita Szczerka, której akcja ma miejsce na trasie numer 7, łączącej Warszawę, Radom, Kielce i Kraków. W pewnym momencie w mieście, będącym bohaterem tego tekstu, dochodzi do bombardowania. Główny bohater słucha medialnych komunikatów: (...) mijałeś fabrykę napojów Zbyszko Trzy Cytryny, salony samochodowe, domy weselne, włączyłeś radio i słuchałeś, jak wszyscy, w Warszawie, w Krakowie, w Gdańsku, deklarują, że cała Polska jest Radomiem. „Kochani - rechotałeś - cała Polska od zawsze jest Radomiem”.
PS „Chytra Baba” wcale nie zabrała z wigilijnego stołu aż trzech butelek napoju tylko dla siebie. Jedną z nich podała przechodzącej obok osobie. Druga natomiast mogła być śmiało przeznaczona dla kogoś bliskiego, kto nie mógł tego dnia pojawić się na wigilii osobiście. Już mniej śmiesznie, prawda?
Mateusz Witkowski (ur. 1989). Redaktor naczelny i współzałożyciel portalu Popmoderna.pl. Absolwent krytyki literackiej na Wydziale Polonistyki UJ, obecnie doktorant na tym samym wydziale. Interesuje się związkami między literaturą a popkulturą, brytyjską muzyką lat 80. i 90. oraz włoskim futbolem. Zdecydowanie sprzeciwia się dzieleniu kultury na „wysoką” i „niską”. Publikował m.in. w „Dwutygodniku”, „Xięgarni”, „Czasie Kultury”, „Opcjach”, stale współpracuje z Gazeta.pl i Wirtualną Polską.
http://weekend.gazeta.pl/weekend/1,150913,20133176,wszyscy-jestesmy-z-radomia-dlaczego-drugie-pod-wzgledem-wielkosci.html#TRwknd
submitted by SoleWanderer to Polska [link] [comments]


2016.05.18 16:49 ben13022 1913: Świat taki jak nasz

Podróże bez paszportów i wiz.
Powszechna wymienialność pieniędzy. W sklepach towary z najodleglejszych zakątków Ziemi. W 1913 r. nikogo to nie dziwiło, tak jak nas nie dziwi to dzisiaj. Świat, który pod wieloma względami bardzo przypominał nasz, skończył się wraz z wybuchem I wojny światowej.
Za sprawą kolei i parowców podróż z Londynu do Chicago jest dziś znacznie szybsza i przyjemniejsza od podróży z Londynu do Edynburga 200 lat temu - informował w 1913 r. Francis Wrigley Hirst, wydawca tygodnika "The Economist", który w eseju zatytułowanym "Podróż zagraniczna" opisywał ówczesny świat.
W podróży Hirstowi szczególnie podobały się amerykańskie wygody, francuska kuchnia, a także niemieccy kelnerzy. Wszędzie tam, gdzie jest dużo możliwości uprawiania sportów albo po prostu "dobre powietrze", są też dobre hotele. Afrykańskie pustynie, Kaszmir, Kalifornia, Japonia, Wyspy Kanaryjskie, Bermudy, wyspy Grecji, Uganda, Kolumbia Brytyjska - wszystkie te egzotyczne miejsca są dziś tak łatwo dostępne dla nowoczesnego globtrotera i wszędzie może on znaleźć wygody, do których jest przyzwyczajony.
Podróżowanie staje się coraz tańsze i dostępne nie tylko dla bogatych. Nic dziwnego, że liczba podróżujących dla przyjemności lub zysku rośnie systematycznie.
Proszę bardzo. Kompania okrętowa Hamburg-American Line sprzedaje bilety na wyprawy dookoła świata na pokładzie luksusowego liniowca SS "Cleveland". Trasa wiedzie z Nowego Jorku do Europy i potem przez Kanał Sueski do Indii, Birmy, na Filipiny, do Hongkongu, Japonii i dalej na Hawaje, a potem już tylko skok do San Francisco. A wszystko za 650 dolarów, które dziś odpowiadałyby kwocie 15 tys. 355 dolarów.
Na "Cleveland" do dyspozycji pasażerów są elektryczne windy pomiędzy pokładami, telefony pozwalające na dzwonienie z kajuty do kajuty, ciemnia dla miłośników fotografii, bogata biblioteka oferująca książki w językach angielskim, francuskim i niemieckim. Jest nawet sala gimnastyczna - odpowiednik współczesnej siłowni - z maszynami do ćwiczeń. Kilka z nich wyposażonych jest w siodło, a korzystający z nich ma wrażenie, że jedzie konno.
W 1913 r. ostatnią część tej podróży - z San Francisco do Nowego Jorku - odbywano koleją, ale kończyła się już budowa Kanału Panamskiego, który został otwarty w 1914 r. Przyszli turyści mogliby więc liczyć na to, że opłyną całą kulę ziemską, korzystając przez cały czas z luksusu, jaki zapewniał SS "Cleveland". Świat ten wydawał się stabilny - komu przychodziło do głowy, że wojna, która wybuchnie rok później, będzie oznaczać jego koniec?
Komu po zakończeniu "wielkiej wojny" - jak w dwudziestoleciu nazywano pierwszą wojnę światową - przychodziło do głowy, że Europę czeka wkrótce jeszcze straszliwsza zawierucha? A jednak wielu przeczuwało, że przedwojenne wygody i wolności szybko nie wrócą.
Wybitny ekonomista John Maynard Keynes zaraz po wojnie w książeczce zatytułowanej "Ekonomiczne konsekwencje pokoju" pisał:
Cóż za nadzwyczajny okres w dziejach ludzkości zakończył się w sierpniu 1914 r.! Większość co prawda pracowała ciężko i żyła na niskim poziomie, ale wedle wszelkiego prawdopodobieństwa była ze swego losu całkiem zadowolona. A zresztą każdy, o ile miał on ponadprzeciętne zdolności i charakter, mógł awansować do klasy średniej czy wyższej. Ludzie z klasy średniej małym kosztem i bez wielkiego zachodu mogli sobie pozwolić na wygody, przyjemności i udogodnienia przechodzące wyobrażenie najbogatszych i najpotężniejszych władców żyjących w dawnych wiekach.
Keynes dał może najbardziej dosadny i lapidarny opis epoki, która właśnie się skończyła. Popijając w łóżku poranną herbatę, londyńczyk przez telefon mógł sobie zamówić najrozmaitsze produkty z całego świata i oczekiwać, że rychło zostaną dostarczone pod jego drzwi. W ten sam sposób mógł zainwestować majątek w zasoby naturalne albo przedsięwzięcia w dowolnej części świata i liczyć na udział w korzyściach, jakie miały przynieść (...).
A gdyby tylko zechciał, to mógł zapewnić sobie błyskawicznie tani i wygodny środek podróży do dowolnego kraju, nie zawracając sobie głowy paszportem i innymi tego typu formalnościami. Mógł też wybrać się do obcego kraju, nie znając religii, języka czy obyczajów jego mieszkańców (...), a gdyby natrafił na najdrobniejsze choćby przeszkody, byłby nimi mocno zaskoczony i zirytowany.
Ale - jak wywodził Keynes - najważniejsze było, że ów hipotetyczny przedstawiciel brytyjskiej klasy średniej uważał taki stan rzeczy za coś całkowicie normalnego, pewnego i stałego. Mogło być tylko lepiej i każde odstępstwo od takiego stanu rzeczy uznałby za aberrację, skandal i coś, czego można uniknąć.
Wszelkie zło świata: militaryzm i imperializm, rasizm, monopole, restrykcje, złowieszcze ideologie - które według Keynesa miały stać się "wężem w tym raju" - były ciekawostkami w codziennej gazecie, - niemającymi wpływu na komfort codziennego życia.
Globalizacja, która - jak się często uważa - jest zjawiskiem naszych czasów, miała się bardzo dobrze już w 1913 r. I można twierdzić, że pod wieloma względami światowa integracja była wówczas daleko mocniej posunięta niż dziś - pisze amerykański historyk Charles Emmerson, autor wydanej w tym roku w USA książki "1913. W poszukiwaniu świata sprzed wielkiej wojny".
Brytyjski historyk G.P. Gooch w 1912 r. doszedł do wniosku, że "cywilizacja stała się międzynarodowa".
W 1913 r. we flamandzkiej Gandawie miała miejsce Exposition Universelle et Internationale, czyli wystawa światowa, na której poszczególne kraje wystawiły pawilony i prezentowały w nich swe osiągnięcia na niwie sztuki, przemysłu czy sportu.
Nie minęło 18 miesięcy, a Gandawa była okupowanym przez Niemców, poszarzałym i zbiedniałym nagle miastem oddzielonym od reszty świata podwójną linią okopów.
W 1913 r. nikt jednak o tym nie myślał. Albert, król Belgów, konstytucyjny władca małego, ale bardzo bogatego kraju neutralnego, z najwyższą uwagą oglądał brytyjskie maszyny i niemieckie meble.
Jak głosiła ulotka, wystawa gandawska powinna być wymownym potwierdzeniem nieprzerwanego postępu, za który odpowiedzialny jest geniusz ludzkości, i na każdym polu działalności ludów Ziemi.
Pawilony wystawowe w kolorach bieli i złota stały w wielkim ogrodzie z fontannami i oczywiście oświetlało je światło elektryczne. Elektryczność była wówczas symbolem nowoczesności - tak jak dziś internet.
Międzynarodowy duch był też świetnie widoczny w nieodległej Hadze w Holandii, gdzie w sierpniu 1913 r. otwarty został Pałac Pokoju - rezydencja międzynarodowego sądu arbitrażowego mającego godzić skonfliktowane państwa.
Budowę tego imponującego gmachu sfinansował właściciel niezmierzonej niemal fortuny, amerykański magnat stalowy z Pittsburgha Andrew Carnegie. Budowniczowie użyli holenderskich cegieł, piaskowca z Francji, granitu ze Szwecji i Norwegii. Posadzki były z austriackiego drewna, witraże sprowadzono z Wielkiej Brytanii, posągi z brązu - z Ameryki, boazerię z drzewa różanego - z Brazylii, jedwabne zasłony i porcelanowe wazy - z Chin i Japonii, a dywany - z Turcji. Na szczycie wieży był zegar - naturalnie ze Szwajcarii. Niemcy zaś dostarczyły potężną metalową bramę.
Także klasy średnie czuły się w Europie i poza nią jak w domu. W 1913 r. młody rosyjski kompozytor Sergiej Prokofiew pojechał z matką w podróż do Berlina, Paryża, Londynu i Szwajcarii.
Keynes, gdy skończył pisać swoją pierwszą ważną książkę, wsiadł do pociągu relacji Londyn - Mediolan (a potem na statek do Kairu) i udał się na zasłużony wypoczynek. Grudzień spędził w Roquebrune na Riwierze Francuskiej.
"The Evening Standard" zachęcał w 1913 r. do spędzenia wakacji w Sudanie, gdzie panuje "idealny zimowy klimat", podobno "niezmiennie suchy i słoneczny". Na miejsce można było dotrzeć "ekspresowym parowcem" oraz w "luksusowych wagonach sypialnych". Kraj ten, jak zachwalali przedstawiciele biura turystycznego, świetnie się nadawał do polowań na wielkie afrykańskie zwierzęta.
Warszawscy inteligenci i zarazem obywatele carskiej Rosji jeździli na letnisko nie tylko do pobliskiego Otwocka, ale także do coraz modniejszego uzdrowiska Zoppot koło Gdańska (wówczas w Rzeszy Niemieckiej) czy Zakopanego (wówczas w austro-węgierskiej Galicji).
Podróżowali do Szwajcarii albo do niemieckiego uzdrowiska Baden-Baden po zdrowie i wypoczynek - tak jak dziś tysiące Polaków jeżdżą na urlop do Tunezji, Grecji albo na narty w Alpy austriackie czy włoskie.
Kolej, która pokrywała już gęstą siecią cały kontynent, umożliwiała podróżowanie łatwe i wygodne. Mający czas i pieniądze Europejczyk korzystał z tego właśnie środka lokomocji, stając w hotelach, które im nowsze były, tym coraz większe i bardziej luksusowe.
W 1913 r. Szwajcarzy otworzyli luksusowy Carlton w St. Moritz, a Francuzi Negresco w Nicei, świątynię złota i marmuru. W Monte Carlo widok brytyjskiego dżentelmena rozmawiającego po francusku z austriackim chirurgiem i przyglądającego się, jak rosyjski generał zgrywa się w karty, nie był niczym nadzwyczajnym.
Symbolem jedności kontynentu byli spokrewnieni ze sobą europejscy monarchowie. Uważało się, że odzwierciedlają oni cechy swoich narodów.
Jerzy V, król Zjednoczonego Królestwa Wielkiej Brytanii i Irlandii, uchodził za odpowiedzialnego nudziarza. Niemiecki kajzer Wilhelm II miał opinię człowieka nieobliczalnego i dumnego, a car Mikołaj II - lojalnego i łatwowiernego konserwatysty.
Wszyscy trzej byli kuzynami oraz potomkami królowej Wiktorii. Jerzy V i Mikołaj II byli tak do siebie podobni, że kiedy w połowie maja 1913 r. w gazetach można było obejrzeć ich wspólne zdjęcie zrobione w Berlinie, to wydawało się, że są prawie braćmi bliźniakami.
Kwiat europejskiej arystokracji zjechał wówczas do stolicy Niemiec na ślub księżniczki Wiktorii Luizy, jedynej córki kajzera, i księcia Ernesta Augusta z Hanoweru - mariaż ten godził dwie od dawna zwaśnione dynastie Hohenzollernów i Hanowerczyków, którzy w chwili zjednoczenia Niemiec przez Bismarcka w 1871 r. pod berłem tych pierwszych utracili koronę królewską.
Ślub odbył się wbrew woli rodziny Hohenzollernów (Wilhelm w końcu uległ, bo nie potrafił odmówić córce), a prasa rozpisywała się o historii miłosnej, która poruszyła koronowane głowy Europy. Londyńska "Daily Graphic" pisała: Gdy wielcy potentaci i zarazem bliscy krewni spotykają się i publicznie dają pełen wyraz swoim emocjom, można zakładać, że na firmamencie politycznym nie gromadzą się chmury.
Jerzy V był nadzwyczajnie fetowany w Berlinie, a chorągiewki do machania przejeżdżające- mu w otwartym powozie monarsze rozchodziły się jak świeże bułeczki. Były salwy armatnie (ze 101 dział), bankiety i bale.
Na przywitanie cara Mikołaja dach opery berlińskiej został udekorowany rosyjskimi i niemieckimi flagami. "Goście, którzy rządzą jedną trzecią świata" - zatytułowała relację brytyjska gazeta i było w tym niewiele przesady.
Po drugiej stronie barykady stali socjaliści, ale i ten ruch był bardzo międzynarodowy: działacze robotniczy podróżowali po całej Europie i spotykali się na wspólnych zjazdach.
Pierwsza epoka globalizacji pod wieloma względami przypominała naszą: cła były niskie, oparte na złocie waluty - stabilne, a porządek międzynarodowy wydawał się niewzruszony.
Chociaż na kontynencie stale mówiło się o wojnie - i na Bałkanach wybuchały konflikty - to jednak nikt nie sądził, żeby starcie zbrojne między mocarstwami (o ile do niego dojdzie) mogło naruszyć fundamenty tego porządku. Kryzysów politycznych było zresztą co niemiara, a przecież żaden nie skończył się kataklizmem: wojna pomiędzy Francją i Wielką Brytanią wisiała na włosku, kiedy wojska obu tych mocarstw kolonialnych spotkały się pod Faszodą nad Nilem w Sudanie (w 1898 r.).
Dodajmy dwa kryzysy marokańskie, w trakcie których o mały włos nie doszło do wojny francusko-niemieckiej (w 1909 i 1911 r.) i dwie wojny bałkańskie, które groziły zaangażowaniem mocarstw i wciągnięciem ich w większy konflikt.
Ludzie wierzyli w waluty, wolność podróżowania i robienia interesów, w bezpieczeństwo inwestycji. Mieszkańcy Starego Kontynentu bez zahamowań kupowali akcje firm prowadzących najbardziej nawet egzotyczne przedsięwzięcia zamorskie.
Był to świat stabilny i bezpieczny dla Europejczyków, zwłaszcza zamożnych, ale już nie dla ich poddanych, czyli Azjatów i Afrykanów. Jak dowodzą historycy gospodarki Kris James Mitchener i Marc Weidenmier, wcielenie podbitego terytorium do imperium kolonialnego zwiększało dwukrotnie jego obroty handlowe. Europejczycy, od lewa do prawa, wierzyli, że ich dominacja przynosi podporządkowanym narodom cywilizację i rozwój.
Nawet ojciec komunizmu naukowego Karol Marks pisał wielokrotnie o transformacyjnej mocy zachodniej dominacji i kapitalizmu w Indiach. A jego wierny druh Fryderyk Engels tak pisał o podporządkowanych Francji mieszkańcach dzisiejszej Algierii:
Jakkolwiek smutkiem napełniać musi ludzkie serca obraz rozbicia i ruiny pracowitych, patriarchalnych i spokojnych organizmów społecznych, widok ludzi, którzy utracili prastare formy swej cywilizacji i należne im odwiecznie środki utrzymania, to jednak nie wolno zapominać, że te sielankowe wspólnoty wiejskie stanowiły zawsze mocną podstawę wschodniego despotyzmu. Że zamykały umysł ludzki w najciaśniejszych granicach, czyniąc zeń narzędzie zabobonu, niewolnika tradycyjnych reguł, pozbawiając go wszelkiej wielkości i rozmachu dziejowego.
Koniec nadszedł nagle i zaskoczył wszystkich. Kiedy 28 czerwca 1914 r. Serb Gawriło Princip zastrzelił w Sarajewie austriackiego następcę tronu arcyksięcia Franciszka Ferdynanda, poruszył lawinę, która po miesiącu gorączkowych negocjacji doprowadziła do wybuchu wojny światowej - politycy, generałowie i pisarze często znajdowali się po niewłaściwych stronach granic.
Rosyjski generał Aleksiej Brusiłow, który w 1916 r. poprowadził ofensywę na froncie wschodnim, był wówczas w Niemczech. Dowódca armii serbskiej generał Radomir Putnik spędzał czas w Austro-Węgrzech, które miały wkrótce wypowiedzieć wojnę jego krajowi.
Winston Churchill, wtedy pierwszy lord admiralicji, brał udział w wizycie brytyjskiej floty w niemieckiej Kilonii. Joseph Conrad, Polak i wielki brytyjski pisarz, spędzał czas w austro-węgierskim Zakopanem.
Po latach Stefan Zweig, niesłychanie popularny w okresie międzywojennym pisarz, pacyfista i zwolennik zjednoczonej Europy (odmówił wzięcia do ręki karabinu w czasie wojny i pracował w archiwum wojskowym), wspominał, że jako Austriak kibicował wyczynom francuskich asów lotnictwa. Robił to z powodu naszej dumy z kolejnych triumfów naszej techniki, naszej nauki, europejskiego ducha wspólnoty, europejskiej świadomości narodowej, która zaczynała się kształtować. Jak bezużyteczne - mówiliśmy sobie - są granice, kiedy każdy samolot może przelecieć nad nimi z łatwością, jak prowincjonalne i sztuczne są cła, strażnicy i patrole graniczne, jak bardzo nie przystają do ducha czasów, który wyraźnie poszukuje jedności i światowego braterstwa!
Lata 20. i 30. pokazały, jak bardzo błędne były to prognozy. Kraje Europy odgrodziły się systemem wiz i paszportów, znaczniej mocniej strzeżonymi granicami, niebotycznie wysokimi cłami i kontyngentami importowymi.
Skończyły się czasy, w których z walutą jednego kraju w kieszeni można było objechać świat. Poszczególne rządy wprowadziły państwowe kursy wymiany i ograniczenia w wywozie pieniądza za granicę. A i sam pieniądz przestał być wymienialny na złoto tak łatwo jak przed wojną.
Skończyły się czasy, w których z walutą jednego kraju w kieszeni można było objechać świat
Przez świat przetoczyła się fala nacjonalizacji i konfiskat. Nagle okazało się, że nic nie jest pewne. Globalizacja, która wszystkim ówczesnym Europejczykom wydawała się czymś tak naturalnym jak powietrze, zniknęła bez śladu.
Ale najgorsze przyszło po II wojnie światowej, kiedy podróżowanie po przedzielonej żelazną kurtyną Europie stało się trudne nawet dla mieszkańców zachodniej części kontynentu. W latach 50. i ich dotykały ograniczenia - restrykcje walutowe, konieczność posiadania wiz, o paszportach nie wspominając.
A na Wschodzie możliwości podróżowania w latach stalinizmu niemal nie istniały. Według statystyk przytaczanych przez historyka prof. Dariusza Stolę na początku lat 50. z Polski mającej wówczas blisko 30 mln mieszkańców wyjeżdżało rocznie w celach prywatnych kilkaset osób! Wbrew swej nazwie biuro paszportowe w Warszawie nie było instytucją, która miała wypuszczać ludzi za granicę, lecz stanowiło jedną z wielu barier, którą trzeba było pokonać, żeby się wydostać ze szczelnie zamkniętego kraju.
Na granicach wyrosły zasieki, pojawiły się pasy zaoranej ziemi, płoty i strażnice. W latach 50. władze PRL wybudowały wieże strażnicze na plażach nad Bałtykiem, z których dzień i noc uzbrojeni żołnierze wypatrywali śmiałków próbujących przepłynąć nielegalnie do Szwecji czy na duński Bornholm. Żyło wtedy jeszcze bardzo wielu ludzi, którzy doskonale pamiętali wolność sprzed 1914 r., ale było to już tylko odległe wspomnienie.
Na powrót swobodnego podróżowania po Europie trzeba było czekać blisko sto lat.
Korzystałem z książki Charlesa Emmersona "1913. In Search of the World Before The Great War", Public Affairs, New York 2013
Źròdło: http://wyborcza.pl/alehistoria/1,133662,14638770,1913__Swiat_taki_jak_nasz.html
submitted by ben13022 to Polska [link] [comments]